sobota, 17 czerwca 2017

Rozdział 36

Wieczorem Ross odprowadził mnie do domu pod same drzwi, a sam musiał jechać do swojego kolegi, który zadzwonił do niego z pytaniem czy mu w czymś pomoże. Powiedziałam mu żeby uważał na siebie i jechał bezpiecznie, bo bardzo dużo razy słyszy się o wypadkach drogowych spowodowanych przez nieuważnych kierowców w nocy. Poszłam wziąć relaksujący długi prysznic, to było właśnie mi potrzebne. Przebrałam się w piżamę, rozczesałam mokre włosy i trochę je podsuszyłam, zeszłam na dół i zrobiłam sobie herbatę oraz dwie kanapki z serem, pomidorem, sałatą i ogórkiem. Usiadałam koło stołu i zajadając się kolacją zaczęłam przeglądać Instagrama, dwie osoby zaczęły mnie obserwować, a dodatkowe pięć serduszek przybyło pod moim ostatnim zdjęciem z Ross'em, które dodałam pięć dni temu. Nic ciekawego nie było na Ig, więc weszłam na Twittera i tak się złożyło że zmarnowałam godzinę swojego życia na przeglądaniu tweetów, ale co poradzę na to że lubię to robić.
-Siema młodzieży. - do kuchni wszedł wuja Robert, który kończył pisać coś na telefonie i odłożył go na szafkę.
- Hej! Chcesz herbatę? - zapytałam, bo sama miałam zamiar zrobić sobie jeszcze jedną.
-A wiesz, że chętnie. - mężczyzna usiadł naprzeciwko mnie, przeczesał rękami swoje włosy, wyglądał na dość zmęczonego.
-Ciężki dzień? - postawiłam dwa kubki na stół, każdy z nas wziął po swoim.
-Ciężki cały tydzień. W kancelarii mam istne urwanie głowy, odkąd Kristen zaszła w ciąże przejąłem połowę jej zleceń i nie mam nawet czasu żeby podrapać się po głowie. Jeszcze musiałem dzisiaj zwolnić swoją asystentkę, bo przyszła do pracy pod wpływem alkoholu. Dałbym jej upomnienie, ale to niepierwszy raz kiedy tak przychodzi do pracy. I teraz muszę znaleźć jakieś zastępstwo, ale dosyć już o tym. Praca zostaje w pracy. Teraz jestem w domu i zamierzam spędzić mile czas ze swoją rodziną.
-Gdzie jest ciocia? - dopiero teraz zadałam sobie sprawę, że od paru godzin jej nie widziałam.
-W salonie, nie idź do niej. Ja uciekłem do ciebie.
-Stało się coś? Pokłóciliście się?
-Nie, tylko Kristen przegląda zdjęcia z tego albumu, który znalazłaś na strychu i wyśmiewa moją fryzurę z szóstej klasy. Na swoją obronę powiem, że połowa szkoły nosiła wtedy dredy, taka była wtedy moda. - wyprostował się na krześle.
-Poważnie? Miałeś dredy? - uniosłam jedną brew do góry.
-Tak, ale... - nie dałam mu dokończyć, bo szybko pobiegłam do salonu żeby to zobaczyć.
-Ciociu masz zdjęcia fryzury wuja z szóstej klasy? - zapytałam podekscytowana, Kristen uśmiechnęła się przebiegle i wystawiła w moją stronę stare zdjęcie z jakieś wycieczki. Wybuchłam głośnym śmiechem na widok Roberta, wyglądał bardzo komicznie te włosy w ogóle do niego nie pasowały, miał je do ramion.
-Przez pół roku w nich chodził. - wyjaśniła mi ciocia, podając kolejne zdjęcie, gdzie dobrze widać dredy.
-Dlaczego tylko przez pół roku? - oddałam kobiecie zdjęcie.
-Bo przegrał zakład i musiał je ściąć. Teraz już nawet nie pamiętam, o co Robert założył się z Adamem, ale jego mina, jak przegrał była bezcenna.
-I ty Judaszu przeciwko mnie? - odwróciłam głowę w stronę wejścia, gdzie stał wuja Robert z kubkiem herbaty.
-Nic na to nie poradzę, że zabawnie wyglądałeś. Dlaczego tak chodziłeś? - wzruszyłam ramionami i pomogłam cioci w składaniu zdjęć do kupki.
-Każdy wtedy tak chodził, to przez taki zespół, który był bardzo popularny. To taki odpowiednik One Direction tylko naszych czasów. Boże brzmię jak jakiś stary dziadek. - mężczyzna usiadł naprzeciwko nas. On i Kristen pokazywali mi po kolei zdjęcia i opowiadali historie co wtedy się im przydarzyło. Chyba moją ulubioną jest to jak w ósmej klasie poszli ze znajomymi na wagary i któryś z nich powiedział, że zna taki fajny skrót przez las, skończyło się tak że Kristen wróciła do domu bez jednego buta, bo pod drodze natrafili na jakieś bagno, a ich kolega natrafił na skunksa. Mówili, że to były ich najlepsze wagary i ciekawa przygoda. Robert jak ciocia zgubiła wtedy buta, w nocy o północy wymknął się z domu przez okno z latarką i poszedł go szukać, znalazł go o piątej nad ranem i poszedł go jej zanieść. Stwierdziłam, że to było cholernie urocze.
-Laura otworzysz? - zapytała kobieta, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi, nikogo się nie spodziewaliśmy o tej porze.
-Cześć Rydel! - zawołałam, gdy zobaczyłam przyjaciółkę przed wejściem. -Co cię sprowadza do nas o tej porze? - wpuściłam ją do środka. Blondynka miała na sobie piżamę i wyglądała jakby miała zaraz kłaść się spać.
-Vanessa powiedziała mi, że mam szybko przyjść, bo ma ważną sprawę do obgadania i że jest to sprawa życia i śmierci. - miałam zadać dziewczynie kolejne pytanie, ale w tym samym czasie Vanessa szybko zbiegła po schodach, chwytając mnie oraz naszego gościa i zaciągnęła do swojego pokoju. Zatrzasnęła za sobą drzwi i odwróciła się twarzą do nas:
-Muszę z wami porozmawiać. - Nessa brzmiała dosyć poważnie, ale w jej głosie było też podniecenie.
-Oby było to coś ważnego, bo przez ciebie musiałam wstać z mojego łóżka. - Rydel usiadła na łóżku, dołączyłam do niej.
-No mów o co chodzi. - jęknęłam, chciałam jak najszybciej usłyszeć o co się stało.
-RIKER POPROSIŁ MNIE ŻEBYM ZOSTAŁA JEGO DZIEWCZYNĄ, A JA SIĘ ZGODZIŁAM!!!! - wszystkie trzy zaczęłyśmy piszczeć ze szczęścia.
-Żartujesz!? Boże jak się cieszę! - blondynka wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć od nadmiaru szczęścia.
-Kurwa to jest niesamowite, siostra! - nie mogłam opanować radości.
-Laura wiesz co to oznacza? - Delly posłała mi porozumiewawcze spojrzenie. Szybko wybrała numer Ross'a i przełączyłam na głośno mówiący. Już po dwóch sygnałach usłyszałyśmy głos po drugiej stronie słuchawki.
R:No co kochanie?
L:Wygrałyśmy! Są razem! Spytał się jej! Wisisz po dwadzieścia dolców każdej! - ja i Rydel krzyknęłyśmy równocześnie do słuchawki.
R:Co kurwa? Ja nie wierze, jutro dostaniecie swoją kasę małpy. Ja pierdole.
L:Też cię kocham i dobranoc.
Nie czekając na jego odpowiedz rozłączyłam się i włożyłam telefon do kieszeni spodenek od piżamy.
-O co chodzi? - Van wyglądała na lekko zbita z tropu.
-My dwie założyłyśmy się z Ross'em o dwadzieścia dolarów, że ty i Riker do końca miesiąca będziecie razem. Ross dawał wam pół roku. - wyjaśnił Delly.
-Jak mogłyście? - Nessa zaczęła bić nas poduszką, ja pobiegłam w prawo, a Rydel w lewo. Siostra była lekko rozkojarzona i nie wiedziała którą ma gonić, wiec wyszło na to że przez dziesięć minut biegała po całym pokoju w kółko.
-Daj spokój Van.
-Przecież to było oczywiste.
-Poza tym wszyscy robili zakłady, kiedy w końcu się spikniecie.
-To niesprawiedliwe, że nam się tylko dostaje.
Krzyczałyśmy jedna przez drugą nie mogąc opanować ataku śmiechu, w końcu Vanessa odpuściła nam, bo dostała kolki od tego biegania.
-A teraz proszę wszystko opowiedzieć ze szczegółami. - wzięłam sobie poduszkę z łóżka i podłożyłam pod tyłek. Wszystkie trzy siedziałyśmy na podłodze, a dziewczyna zaczęła nam opowiadać jak Riker poprosił ją o to czy zostanie jego dziewczyną.
-A więc najpierw zabrał mnie do tej chińskiej knajpki, kiedy się najedliśmy poszliśmy na plaże się przejść. Buty trzymaliśmy w rękach, było naprawdę miło do puki Riker nie zauważył dziury wykopanej przez kogoś koło morza i nie potknął się o nią, wpadając do wody. Prawie udusił się jakimiś wodorostami, a jak wychodziliśmy z plaży potknął się o chodnik i wyjebał na twarz. Musieliśmy jechać do szpitala, Riker'owi zrobili prześwietlenie głowy, nic mu nie było. Kiedy wracaliśmy z szpitala spytał się mnie czy chcę z nim chodzić, a powiedziałam że tak.  - cały czas mówiąc brunetka uśmiechała się szeroko, widać że bardzo zależy jej na tej znajomości i że będąc z Riker'em jest szczęśliwa.
-Ale to urocze. Czyli wychodzi na to że teraz tylko ja jestem singielką. - blondynka oparła głowę o ręce.
-Alexa też nikogo nie ma. -zauważyłam starając się jakoś pocieszyć przyjaciółkę.
-A Alexa nie jest czasem z tym chłopakiem z kawiarni, który specjalnie zamówił dziesięć kaw żeby chociaż przez chwilę mógł z nią porozmawiać? - zapytała się Van. Nasza przyjaźń z blondynkom rozwijała się bardzo dobrze, jak tylko wszystkie cztery mamy czas to się spotykamy. Oczywiście Rocky i Alexa nadal się kłócili i nienawidzili.
-Byli na dwóch czy trzech randkach, nic nie wiadomo jak to jest między nimi.
Rydel miała rację, w tym tygodniu jeszcze nie rozmawiałyśmy z blondynką, ona i ten chłopak znają się jakoś ponad tydzień. A przez ciągłe zajęcia nie miałyśmy czasu na rozmowę, ale jutro miałyśmy się spotkać na płoty, więc pewnie więcej szczegółów dowiemy się pod wieczór.
-A co z tym chłopakiem ze sklepu, który cię wtedy podrywał? - przed wczoraj byłam z Delly na zakupach spożywczych i zaczepił ją jakiś brunet. Chcą zostawić ich wtedy samych powiedziałam, że bardzo się spieszę i poszłam do kasy zapłacić za produkty.
-Wiecie na początku było wspaniale, pomógł mi wybrać płatki i sięgnął słoik z górnej półki. - zatrzymał​a się na chwilę, a razem z siostrą zrobiłyśmy "Aww" -Naprawdę dobrze nam się rozmawiało, cały czas mnie komplementował i było mi miło z tego powodu. Ale wszystko się popsuło jak przyszła jego dziewczyna i zaczęła na niego krzyczeć na cały sklep, że jest podrywaczem i ona jest jego dziewczyną. Szybko usunęłam się z stamtąd, na czworakach między nabiałem, a płatkami udałam się do kasy. Nie zauważyli mnie na szczęście. Dobrze, że spotkałam po drodze Ellington'a, który pożyczył mi dolara, bo mi zabrakło. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, musiałam mu za to upiec ciastek. Wyobraźcie sobie, że Ell pomógł mi w ich robieniu, chłopaków wtedy nie było, a mu się nudziło.
-Przykro mi z powodu tego chłopaka. - odparła smutnie Vanessa.
-A te ciastka były dobre? - strasznie mnie to ciekawiło.
-A wiecie, że były. Myślałam, że się przez nie potrujemy, ale wyszły naprawdę pyszne. Nie spodziewałam się, że Ratliff umie gotować.
Wyszło na tym, że Rydel napisała sms'a do pani Stormie żeby powiedzieć, że będzie u nas nocować. Rozmawiałyśmy ze sobą tak do pierwszej, a jak zachciało nam się spać to ja poszłam do siebie, a Delly została u Van, bo ona ma większe łóżko niż ja. Rano obudziłam się koło dziewiątej, poszłam do łazienki się załatwić i przebrać z piżamy w sukienkę do kolan.
-Dziewczyny wstawanie! - krzyknęłam skacząc na łóżko.
-Obiecuje, że kiedyś cię zabiję grubasie.
-Też cię kocham siostro. - wysłałam jej całusa w powietrzu. Rydel przykryła się poduszką mrucząc coś pod nosem, że mamy być cicho, bo ludzie chcą spać. Wcisnęłam się pomiędzy dziewczynami, one głośno jęknęły, ale nie wyrzuciły mnie. Chwilę tak leżałyśmy ściśnięte, po jakiś pięciu minutach wszystkie trzy zasnęłyśmy.
*Oczami Rocky'ego*
-Pisałeś do Rydel, że wieczorem gramy koncert? - zapytał się mnie Ross wchodząc do kuchni. Właśnie kończyłem jeść śniadanie.
-Tak. - wstałem i odłożyłem talerz do zmywarki.
-No i?
-I nic. Nie odpisałam mi jeszcze, pewnie śpi lub zapomniała telefonu. - wróciłem na swoje poprzednie miejsce.
-Chłopacy dzwoniłem do Delly, ale nie odbiera. Pisałem jej o koncercie, zero odpowiedzi. - do kuchni wszedł kolejny blondyn.
-Nie panikuj, pewnie wróci do wieczora i zdążymy się wyrobić. - Ross wyszedł z kuchni. Jakieś pół godziny temu Riker dostał sms'a od Alexy z pytaniem czy chcemy dzisiaj zagrać mały koncert w kawiarni, bo wypadła taka sytuacja, że jest pilnie potrzebny zespół na wieczór. Chwilę posiedziałem w kuchni ze starszym bratem, ale jak zaczął gadać o Van poszedłem do siebie. Nie miałem ochoty kolejny raz z kolei słuchać jaka ona jest idealna itp. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Ellington'a z pytaniem czy ma czas spotkać się na mieście. Ustaliśmy, że spotkamy się u niego u domu. Nikomu nic nie mówiąc wyszedłem z domu, wolnym krokiem szedłem przed siebie. Nie byłem dzisiaj zbytnio w humorze, ten sms od tej idiotki rozzłościł mnie. Otworzyłem drzwi od domu Ellington'a i udałam się do jego pokoju. Przywitaliśmy się skinieniem głowy, rzuciłem się na jego łóżko, rozejrzałem się po pokoju.
-Czysto tu. - stwierdziłem patrząc na poukładane rzeczy w szafie, nic nie walało się na ziemi i wszystko było na swoim miejscu.
-Sprzątałem tu. - odpowiedział lekko zawstydzony. Już chciałem się go spytać dlaczego, ale mnie wyprzedził i pierwszy zadał pytanie. -Idziemy?
-Tak. - nic nie mówiąc wyszliśmy.
*Oczami Ellington'a*
Rocky nie był specjalnie dzisiaj w humorze, nie chciałem się go wypytywać o co chodzi, bo widziałem, że nie ma na to najmniejszej ochoty. Na początku szliśmy w ciszy, jakoś udało mi się nawiązać z nim konwersację o nowym odcinku Top Model. Obydwoje byliśmy zadowoleni, że odpadła Camila, za którą nie przepadaliśmy, ponieważ wszystkich kłóciła ze sobą. Szatyn zaproponował, że możemy iść do kawiarni się czegoś napić gdzie pracuję Alexa.
-Często chcesz tam chodzić. - zauważyłem, kiedy to zaproponował.
-A nie chcesz tam iść? - podniósł ze zdziwienia brwi. Bardzo lubiłem tam chodzić, wszyscy polubili Alexę, a mój przyjaciel polubił kłócenie się z nią. Czasami jak mu się nudzi i wie, że dziewczyna ma akurat zmianę, to przychodzi żeby się z nią trochę podroczyć.
-Chce tylko.... z resztą nie ważne. -machnąłem lekceważąco ręką. -Lubie tę kawiarnie.
Szatyn wyglądał na zadowolonego, z tego faktu. Zaczynam pomału podejrzewać, że blondynka mu się podoba i dlatego chcę tam tak często chodzić oraz droczy się z nią. Weszliśmy do środka i zajęliśmy wolny stolik niedaleko okna. Lynch rozejrzał się po knajpie, chyba coś zauważył za mną, bo jego mina nie była zachwycona. 
-A co on tutaj robi? - mruknął do siebie. 
-Ale kto? - nie  musiał mi odpowiadać, bo kiedy odwróciłam się żeby zobaczyć co jest za mną, ujrzałem potencjalnego kandydata na chłopaka Alexy. Pomału utwierdzałem się w swoich podejrzeniach, odkąd dziewczyna poznała tego gościa Rocky chodzi cały czas zły, a teraz wygląda jakby chciał się rzucić na tego kolesia. -Nie przejmuj się nim. - chciałem dodać mu jakoś otuchy, bo sam wiem jak kobieta może zawładnąć facetem. 
-Ale ja się wcale nie przejmuje, tylko uważam, że to kretyn. - chcąc uniknąć tego tematu Rocky poszedł złożyć zamówienie na dwie kawy z mlekiem. Blondynka dzisiaj chyba miała wolne albo skończyła zmianę i dlatego postanowiła posiedzieć ze swoim kolegą tutaj. Usłyszałem dźwięk przychodzącego sms'a, odblokowałem ekran i uśmiechnąłem się na widok wiadomości od Rydel, która pytała mi się czy na dziś wieczorem ubrać zieloną czy czerwoną sukienkę, szybko wystukałem jej odpowiedz "Czerwoną ;)". Mój towarzysz jakiś czas później wrócił z zamówieniem, przez ten czas popisałem trochę z przyjaciółką. 
*Oczami Rocky'ego* 
Piliśmy spokojnie kawę i opowiadaliśmy sobie na wzajem jakieś żarty znalezione na internecie. Jakoś udało mi się nie myśleć o tym kretynie, ale jak zauważyłem że Alexa idzie do toalety, a ten typek zaczął podrywać inną dziewczynę to aż się we mnie zagotowało. 
-Czy ty to widzisz? - szturchnąłem przyjaciela. 
-Czy to ten chłopak Alexy? Dlaczego on trzyma za pośladek tamtą dziewczynę? - Ellington wyglądał na mocno zdziwionego, myślałem że zaraz oczy mu wyskoczą, bo zrobił takie duże. 
-Musimy powiedzieć jej o tym. 
-Zrobię zdjęcie. - brunet wyciągnął telefon i zrobił parę fotek. Akurat jak tamten koleś ściągnął ręce z pośladków nieznajomej i przegonił ją, wróciła nie świadoma niczego co właśnie się wydarzyło blondynka. Nie panując nad sobą podszedłem do ich stolika i uderzyłem tego kutasa w twarz. 
-Ty skończony dupku! Jak mogłeś!? - naprawdę nie wiem jak to się stało, że wstałem z miejsca. Moje nogi jakby przestały mnie słychać i same mnie tam zaniosły. 
-Co ty robisz kretynie? Nic ci nie jest Brad? - dziewczyna się na mnie wydarła i pomogła mu wstać.
-On jak cie nie było obmacywał obcą dziewczynę. - naprawdę nie wiem dlaczego się tak tym przejąłem, może przez to że jest to przyjaciółka mojej siostry. 
-Kłamiesz! Nie wierzę ci! 
Przez dobre pięć minut się kłóciliśmy, a oczy wszystkich klientów były zwrócone na nas. Kłócilibyśmy się dłużej, ale Ellington pokazał Dowd zdjęcia, które zrobił chwile przed zanim przyszła. Ta spojrzała na tego gościa ze smutkiem, a później spoliczkowała go mówiąc żeby więcej do niej nie dzwonił. Wyszedłem za nią z kawiarni. 
-Chcesz powiedzieć, a nie mówiłem? - usiadła na ławkę, po drugiej stronie kawiarni.
-Nie, tylko wiem że ci przykro i pewnie nie chcesz zostać sama. - usiadłem koło niej w niedalekim odstępie. 
-Och, to przepraszam. - spuściła zawstydzony wzrok, chwilę siedzieliśmy w milczeniu. -A tak poza tym to dzięki. 
-Za co? 
-Nie musiałeś mi tego pokazywać, pewnie byłabym cały czas oszukiwana podczas tej znajomości. To naprawdę miłe co zrobiliście ty i Ratliff. 
-Daj spokój, Rydel i dziewczyny na pewno by mnie zabiły jakby się dowiedziały, że wiedziałem. A ci nie powiedziałem. Ja tylko uznałem, że pomimo tych naszych kłótni nie zasługujesz na to. 
-Dziękuje ci. - nagle blondynka zrobiła coś czego się nie spodziewałem, a mianowicie przytuliła mnie. -Nie myśl sobie, że nadal nie jesteś moim wrogiem numer jeden, bo nim jesteś. - powiedziała kiedy po pięciu sekundach przytulania oderwała się. 
-Tu jesteście, sorry za spóźnienie, ale ktoś musiał zapłacić za kawy. - dołączył do nas Ellington. 
-Tyle czasu zajęło ci płacenie za te kawki? - w odpowiedzi brunet się tylko dziwnie uśmiechnął. Zaproponowaliśmy dziewczynie, że może się z nami przejść po mieście, zgodziła się i wcale tak dużo razy się nie pokłóciliśmy. 
*Oczami Laury* 
Razem z Vanessą, Alexą oglądałyśmy występ R5, Rydand był odpowiedzialny za cały sprzęt techniczny nagłośnienie itp. Wszyscy goście dobrze się bawili, bynajmniej po ich twarzach było to widać, na żadnej nie było grymasu, to dobrze wróży. Zespół zakończył swój występ coverem "Counting Stars".
-Byliście świetni. - powiedziałam kiedy wszyscy zeszli ze sceny. 
-Dzięki kochanie. - Ross pocałował mnie, wszyscy usiedliśmy na swoich miejscach.
***
-My pójdziemy tędy. - nie czekając na odpowiedz innych Ross pociągnął mnie w wskazany przez siebie kierunek. Po występie R5 siedzieliśmy w kawiarni jeszcze jakieś czterdzieści minut, każdy zamówił sobie coś do jedzenia. Kiedy wszyscy się najedli, postanowiliśmy się przejść na spacer po mieście. Koło północy zrobiłam się trochę senna co nie uszło uwadze mojemu chłopakowi, który powiedział wszystkim, że my już będziemy wracać. Nikt nie chciał do nas dołączyć, reszta wolała iść na imprezę do klubu niedaleko, Ryland opuścił nas jakieś trzy godziny temu. -Zimno ci? - blondyn zdjął swoją bluzę i założył mi na ramiona, zapięłam ją, oparłam głowę o jego tors.
-Ale jesteś ciepły. - mocniej się w niego wtuliłam, a ten objął mnie ramieniem.
-A ty jesteś taka gorąca.
-Nie możesz się powstrzymać od rozmowy bez kontekstów seksualnych? - spojrzałam na niego spod byka.
-Skąd te przypuszczenia, że miałem coś zboczonego na myśli? - zatrzymał się i obrócił mnie tak, że stałam do niego twarzą, obejmował mnie z obydwóch stron, tak że nie miałabym jak uciec. Położyłam ręce na jego ramionach i spojrzałam w te piękne czekoladowe oczy.
-Ponieważ cię znam i zawsze jak mówisz coś zboczonego albo coś z kontekstem seksualnym uśmiechasz się jak stary zboczeniec. - wyglądał jakby analizował, to co właśnie mu powiedziałam.
-To nie prawda! Wcale tak nie robię! - próbował się wyprzeć wszystkiego.
-A taką minę robisz, jak kłamiesz. - uderzyłam go palcem w nos. Ross stał chwilę z śmiesznym wyrazem twarzy, spytałam się go czy do rana zamierza tak stać, a on nic nie mówiąc złapał mnie za rękę i ruszył w stronę domu.
-Ross? - odezwałam się po trzech minutach ciszy.
-Hmm. - patrzył przed siebie, ale po chwili spojrzał na mnie, uśmiechnęłam się nieśmiało. -Aha, rozumiem. - puścił mnie i uginając kolana odwrócił się do mnie tyłem żebym mogła na niego skoczyć.
-Dzięki. - pocałowałam go w czubek głowy, kiedy znalazłam się na górze. -A to więc tak wygląda świat z tej perspektywy.
-Czyli jak? - z stąd widziałam już dach mojego domu z nad budynku, który normalnie bym nie widziała.
-Jak sam pewnie zauważyłeś nie grzeszę wzrostem.
-Daj spokój, małe jest piękne.
-Chcesz dostać. - blondyn zaśmiał się na moje słowa. Odstawił mnie na ziemie, kiedy dotarliśmy do drzwi mojego domu. Wyjęłam kluczę z kieszeni, ale jak chciałam przekręcić je w zamku okazało się że drzwi są otwarte.
-Och ciocia i wuja chyba już wrócili. Dziwne, bo zawsze zamykają drzwi na noc. - odwróciłam się do Ross'a.
-Może zapomnieli, wiesz za niedługo dziecko się rodzi i są bardziej tym przejęci. - blondyn wzruszył ramionami. Weszliśmy do środka, chłopak zamknął za mną drzwi i ruszyliśmy w stronę salonu. Coś mnie niepokoiło, w pokoju paliła się tylko jedna lampka.
-Witaj Lauro. - stanęłam jak wryta, miała wrażenie że ten zimnu głos roznosi się echem po całym domu. Powoli odwróciłam się w stronę z którego dobiegł ten głos, zimne ciarki przebiegły mi po plecach na widok tej twarzy. Tej samej twarzy która raz zaczepiła mnie na ulicy przed kawiarnią, tej samej która obserwowała mnie kiedy odśnieżałam wejście przed domem, tej samej twarzy która była powiązana ze śmiercią Bonnie. Mężczyzna uśmiechnął się przerażająco, moją uwagę przykuła też broń w jego rance.

                                                                          ***
Witajcie kochani! Mam nadzieje, że pokochaliście mnie przez te zakończenie rozdziału haha. Następny rozdział postaram się napisać trochę szybciej, ale nie wiem jak to będzie. Chciałam już dzisiaj zacząć pisać, ale jestem chora, głowa mnie boli i cały dzień mam katar. Trzymajcie za mnie kciuki żebym zdążyła się wyrobić przed końcem miesiąca. Przepraszam za wszelkie błędy. Pamiętajcie, że komentarze strasznie motywują.



niedziela, 7 maja 2017

Rozdział 35

Od wigilii minęło trzy miesiące, nic nadzwyczajnego się przez ten czas nie wydarzyło. Koncert Justin'a Timberlake był wspaniały, pod koniec, kiedy zostało zaśpiewane "Mirrors" popłakała się ze szczęścia, że mogłam tam być i że był ze mną mój ukochany. Później przez całą drogę powrotną śmiał się ze mnie i pokazywał mi filmik, który nakręcił jak moje oczy się pociły. Próbowałam mu wcisnąć kit, że moje patrzałki od ciągłego mrugania się po prostu zmęczyły, dlatego na nagraniu widać jakbym płakała, a tak naprawdę moje oczy wydzielały pot. Oczywiście mi nie uwierzył, ale przynajmniej się starałam. Ciocia Kristen bardzo dobrze znosi ciąże, czasami zdarza się mieć jej huśtawki nastroju, raz płaczę, innym razem śmieje się i miewa kompleksy z powodu tego jak ona to określiła "Mój brzuch z dnia na dzień jest coraz większy, jak stodoła". Pomińmy fakt że wuja Robert kilka razy musiał w nocy jechać po coś słodkiego, bo ciocia miewa zachcianki. Razem z Vanessą obiecałyśmy im pomóc przy dziecku, kiedy się urodzi, przynajmniej tak będziemy mogły odwdzięczyć za to że mogłyśmy z nimi zamieszkać. Przyszli rodzice jak na razie nie chcą znać płci dziecka, chodź wuja Robert cały czas sugeruje, że lepiej wiedzieć wcześniej kto przyjdzie na ten świat, a ciocia woli poczekać jeszcze z dwa miesiące, do porodu zostało jeszcze cztery więc uważa, że na pewno zdążą urządzić pokój dla dziecka. Przyszły tata cały czas mówi, że to będzie chłopiec i że to musi być chłopak, bo panuje tu zbyt duża dominacja płci pięknej i potrzebuje trochę wsparcia. W lutym tata zaprosił nas wszystkich do siebie na dwa tygodnie, bardzo dobrze było wrócić do swojego dawnego pokoju, mogłam nawet zaprosić Ross'a. Mój chłopak mógł przyjechać tylko na tydzień, a później musiał wracać. Pokazałam mu wszystkie fajne miejsca, gdzie się bawiłam lub tam chodziłam, zaprowadziłam go nawet na pomost na którym pierwszy raz się całowałam. Na początku czół się głupio, jak mu powiedziałam co kiedyś tu robiłam, a kiedy poprosiłam żeby mnie pocałował, popatrzył na mnie jak na wariatkę. Ciągle wypytywał się mnie czy ten chłopak całował lepiej niż on i chciał wiedzieć kto to i gdzie mieszka, chyba jego męska duma została urażona, bo jak zaczął mnie całować to tak jakby chciał udowodnić, że on lepiej całuje. Było to dosyć uroczę i słodkie, oczywiście blondyn okazał się sto razy lepszy, ale to było wiadome na samym początku. Raz jak byliśmy w sklepie, spotkaliśmy suki z mojej starej szkoły, które mnie dręczyły i śmiały się z powodu że nie mam mamy, myślałam że dostaną zaraz jakiegoś ślinotoku na widok mojego faceta, od razu bitch były dla mnie miłe i udawały że się kiedyś przyjaźniłyśmy. Bardzo kulturalnie i grzecznie (mówię poważnie) powiedziałam że musimy iść, a że jedna z nich biegnąc za nami poślizgnęła się na mokrej podłodze, bo w ten dzień mocno padało, wyjebała się na drzwi wejściowe i złamała paznokcia, to już nie moja wina. Na szczęście mój stary dobry kolega, który okazał się być gejem, był wtedy z nami w sklepie i nagrał ten piękny "ślizg przeznaczenia" (tak to nazwaliśmy). Teraz zawsze jak mam doła to włączam sobie to nagranie i humor mi się od razu poprawia, tak się złożyło że główna bohaterka nagrania to największa suka w całym mieście.
-Masz coś? - zapytał Ross zaglądając mi przez ramię do środka dużej skrzyni. Kiedy wróciliśmy z Kolorado zaczęłam trochę szukać informacji o Bonnie w internecie, było to dosyć trudne, bo znałam tylko jej imię i wiedziałam, że zginęła dwadzieścia lat temu i była to kuzynka Roberta, Eleny i Eric'a. Jakiś czas temu jak pomagałam cioci Kristen w sprzątaniu w komodzie, natrafiam na drzewo genealogiczne rodziny Swan, byli tam zapisani wszyscy przodkowie z minionych stu pięćdziesięciu lat. Sama księga była przepiękna, dla zagorzałego fana książek trzymanie książki starszej od swojego dziadka jest czymś niesamowitym, dla każdego pokolenia była osobna strona najpierw dziadkowie, rodzice, dzieci. Co następne pokolenie się to zmieniało, rodzice stawali się dziatkami, dzieci rodzicami, a rodzili się nowi.  Razem z ciocią przyglądałyśmy się każdemu z przodków, kiedy dojechałyśmy do wuja, od razu moją uwagę przykuła jedna dziewczyna, która była kuzynką Roberta i okazała się to być Bonnie Innocent, przeraził mnie fakt że była w jakimś stopniu podobna do mnie. Kiedy ciocia nie patrzyła zrobiłam zdjęcie tej strony i pokazałem je później Ross'owi. Udawałam że nie zauważyłam podobieństwa miedzy nami, od razu po tym, wieczorem przypomniała mi się ta sytuacja co jakiś facet zaczepił mnie koło kawiarni jak byłam tam z bliskimi. Całą noc wtedy nie przespałam, a rano wyglądałam jak trup. Dzisiaj ciocia i wuja pojechali do znajomych, Vanessa gdzieś się podziewa, a ja postanowiłam zaprosić Ross'a do siebie żebyśmy mogli pogrzebać trochę na strychu i może przy odrobinie szczęścia coś znajdziemy. Trochę mi głupio, że grzebie u cioci na strychu, czuje się tak jakbym naruszała ich prywatność, ale jak wczoraj zapytałam się czy mogę wejść na strych i poszukać jakiś starych zdjęć z dzieciństwa Kristen i taty, to się zgodziła. Rano jak wstałam, na moim biurku leżał klucz na strych i kartka gdzie było napisane "Jeśli znajdziesz jakieś fajne zdjęcia to weź mi później pokaż ;)". Znaleźliśmy dwa albumy ze starymi zdjęciami, przejrzeliśmy go i odłożyliśmy na bok żeby nie zapomnieć go zabrać.
-Na razie jeszcze nic. - westchnęłam bezradnie, pomału traciłam nadzieje że coś znajdziemy, siedzimy tutaj już dwie godziny i nic poza zdjęciami nie mamy.
-Nie martw się kochanie, na pewno coś znajdziemy. - chłopak pocałował mnie w czubek głowy i objął od tyłu. Siedzieliśmy na podłodze, wewnętrznie byłam mu wdzięczna za tą bliskość, bo tego teraz bardzo potrzebowałam.
-Mam nadzieje. - odparłam bezradnie.
-Dlaczego tak bardzo zależy ci żeby dowiedzieć się co stało się z Bonnie Innocent? - zrobiliśmy sobie krótką przerwę w szukaniu.
-Pamiętasz jak mówiłam ci o tym jak kilkanaście tygodni temu jakiś facet zaczepił mnie na ulicy przed kawiarniom i co wtedy mówił? W wigilie jak poszłam odśnieżać, to miałam wrażenie że ktoś mnie obserwuje. A trzy tygodnie temu jestem pewna, że ktoś był w moim pokoju, kiedy byłam u was, zostawiłam wtedy mojego misia pluszowego na łóżku, a jak wróciłam to był on na parapecie, a okno było lekko uchylone. Ross ja pomału wpadam w paranoje, boje się. A jak to wszystko sprawka tego gościa? Dlatego muszę wiedzieć co się z nią stało.
-Może powinnaś zgłosić to na policje? - zaproponował blondyn.
-Myślałam już nad tym, ale nie mam żadnych dowodów i mogą mi powiedzieć że to jest tylko mój wymysł. Nawet nie mam pewności, czy to ten sam facet czy ktoś inny. Ale staram się być ostrożna.
-Tak dla wszelkiej pewności i bezpieczeństwa, masz to. - podał mi kij bejsbolowy, popatrzyłam na niego z politowaniem. -Miej go zawsze blisko siebie, a w razie niebezpieczeństwa jebnij kogoś w głowę i uciekaj. Trzymaj go pod łóżkiem, a najlepiej by było gdybyś z nim spała.
-Nie uważasz, że to będzie lekka paranoja? Poza tym w nocy wolałabym się tulić do ciebie, a nie do jakiegoś kawałka drewna. - zaczęłam jeździć opuszkami palców po jego bicepsie. Nie musiałam patrzeć na blondyna żeby wiedzieć że się uśmiecha, znamy się już około osiem miesięcy, prawie dziewięć, a jesteśmy ze sobą sześć. Trochę przez ten czas zdążyłam go poznać i rozgryźć, chodź codziennie zaskakuje mnie czymś nowym, co więcej każdego dnia dowiaduje się o nim coraz więcej.
-Wiesz, że mi też bardziej podoba się wizja spania z tobą. I to nawet bardzo. - zaśmiałam się cicho, kiedy zaczął obsypywać moją szyje licznymi pocałunkami. Odwróciłam się do niego twarzą, żeby wygodniej nam było się całować, zarzuciłam swoje ręce na jego szyję przyciągając go bliżej siebie. Miałam wrażenie, że w moim brzuchu wybuchło stado motyli, które teraz latają wszędzie i powodują te dziwnie przyjemne uczucie zawsze kiedy on jest ze mną. Powoli zaczęliśmy się osuwać na ziemie, Ross zgarnął wszystkie klamoty, które kuły mnie w plecy na bok. Nasz pocałunek z chwili na chwile stawał się coraz brutalniejszy i żarliwy, blondyn podniósł się na łokciach żeby pozbyć się swojej koszulki. Zdejmując ją zahaczył ręką o jakiś sznurek, który poleciał w dół ciągnąc za sobą jakiś obraz, Lynch w ostatniej chwili zrobił unik przed lecącym pejzażem gór.
-To chyba znak, że powinniśmy przestać. - zaśmiałam się i przegryzłam niewinnie wargę.
-Chyba masz racje, utrata dziewictwa w takim miejscy pełnym kurzu i pajęczyn, ze strachem że w każdej chwili może wróci twój wuja albo ciocia, nie brzmi dość obiecująco. Prawda księżniczko? - za sposób w jakim się uśmiechnął miałam ochotę go wyściskać i całować wieczność. Leniwie podniosłam się do pozycji siedzącej, moją uwagę przykuła pewna rzecz.
-Ross spójrz tam. - wskazałam palcem na obieg mojego zainteresowania, chłopak przytaknął głową dając mi znak, że też widzi to co ja. -Ten obraz! Coś jest za nim.
Szybko podeszłam do tego miejsca, Ross odstawił delikatnie obraz na bok. Naszym oczom ukazała się zakurzona stara komoda, od ilości kurzu na niej trudno było stwierdzić na pierwszy rzut oka czy ma ona brązowy kolor czy czarny. Jednak po krótkiej analizie, mocno zdaje mi się że jest ona koloru ziarna kawy. Widać było, że to był bardzo stary mebel i nikt od bardzo dawna z niego nie korzystał, gdzieniegdzie odchodziła farba, gigantyczne pajęczyny budziły lekkie poczucie strachu. Sam mebel składał się z pięciu szuflad, dwóch mniejszych obok siebie na samej górze i trzech większych (każda ustawiona jeden po drugim) schodzących na dół, wymieniliśmy zdziwione spojrzenia między sobą.
-Zauważyłaś to wcześniej? - chłopak wskazał na stary mebel.
-Nie. - pokręciłam głową, otworzyłam jedną z górnych szufladek. -Aaa. - krzyknęłam i odskoczyłam na bok, kiedy ze skrytki wypełzał duży pająk. Mój towarzysz śmiał się ze mnie, posłałam mu mordercze spojrzenie.
-Serio? Małego pajączka się boisz? Przecież on nic ci nie zrobi.
-Granat też jest mały i co potrafi zrobić? - blondyn wyglądał tak jakby chciał mi coś odpowiedzieć, ale po przemyśleniu tego jednak zrezygnował. Wygląda na to, że mój argument był dosyć mocny.
-Nic tu nie ma, poza jakimiś starymi włóczkami dla kotów. - jęknął Ross otwierając drugą szufladę.
Jak się okazało dopiero trzecia szuflada skrywała coś ciekawego, było tam pełno gazet z nagłówkami "Młoda dziewczyna została zamordowana w swoim domu!", "Kto jest odpowiedzialny za śmierć Bonnie Innocent?", "Nowe poszlaki w śledztwie tajemniczej śmierci!", "Rodzina Bonnie w rozpaczy!" itp.
-Spójrz tu są jakieś zdjęcia. - zabrałam się za przeglądanie przykrytych zdjęć przez papiery. Na każdym zdjęciu była Bonnie albo z rodziną albo ze znajomymi lub sama, była na nich taka spokojna, radosna, niewinna i mogłabym rzec że przyjazna, taka przynajmniej się wydawała.
-Czy to twój wuja i ciocia? - Ross wyszarpnął mi zdjęcie, które przedstawiało cztery pary koło ogniska za nimi stały rozbite namioty, wyglądała na to że byli na biwaku. Zabrałam chłopakowi zdjęcie i sama dokładnie się mu przypatrzyłam, uśmiechnęłam się na widok młodego Roberta i młodej Kristen.
-Na to wygląda, że tak. To oni. Jest tu pełno ich starych znajomych z którymi mają kontakt do teraz i czasem oni przyjeżdżają w odwiedziny. - wyjaśniłam.
-To jest pan Adam i jego żona pani Emily, to pan Julian i jego była żona Camille. Swoją drogą szkoda że im nie wyszło. A co to jest za koleś, który obejmuje od tyłu Bonnie? - przez to że wuja i ciocia nadal utrzymują kontakt ze starymi znajomymi z liceum, blondyn znał ich wszystkich poza zamordowaną i tym chłopakiem.
-Nie mam pojęcia. Pierwszy raz go widzę na oczy. To musiał być jej chłopak. Zobacz często pojawia się na zdjęciach. - przejrzeliśmy każdą po kolei fotografie i na większości on się znajdował jak i kilka innych osób.
-Zwróciłaś uwagę na tego chłopaka w blond włosach, który na większości zdjęć stawał koło lub niedaleko Bonnie? - pytanie Lyncha sprawiło, że jeszcze raz przejrzałam fotografie i bardziej zwróciłam uwagę na niego. Był on tylko na kilku fotkach, ale było tak jak Ross mówił, że zawsze był blisko dziewczyny. Wydawało się to być dosyć dziwne, nie potrafię tego wyjaśnić dlaczego, ale tak było, tak mówiła mi moja podświadomość.
-Jego oczy wydają się znajome, jakbym kiedyś już je widziała. One są takie niepokojące, za chiny nie mogę skojarzyć ich z nikim. Ten koleś chyba już nie utrzymuje kontaktu z nikim z liceum, inaczej byśmy go kojarzyli. Co jakiś czas przecież wuja i ciocia idą na imprezę ze starymi znajomymi ze szkoły, są tam prawie wszyscy z tych zdjęć, a na żadnym nie ma go. Prawda? - spojrzałam na blondyna mając nadzieje, że przyzna mi racje. Chłopak przytaknął tylko głową i zabrał się za otwieranie następnej szufladki w której były jakieś stare ubrania, których nikt nie miał na sobie wieki i raczej teraz też by ich nie ubrał. W ostatniej szufladzie znaleźliśmy tylko fotografie jakiegoś domu, na odwrocie było zapisane "Posiadłość państwa Innocent 17 wrzesień 1988 r.".
-To pewnie jej rodzinny dom, gdzie spędziła dzieciństwo. - odłożyłam zdjęcie na kupkę z gazetami.
-Jest naprawdę podobna do ciebie. - stwierdził Ross przyglądając się jej portretowi w gazecie, był on oparty o jakąś belkę.
-Wiem to. To jest smutna, że zginęła mając siedemnaście lat, wiesz że była starsza od wuja o rok. Pomału zaczynam rozumieć dlaczego to jest dla niego ciężki temat i nie lubi o tym rozmawiać.
-Kiedy znaleźli jej martwe ciało?
-Trzydziestego stycznia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt siódmym roku. - odparłam smutno.
-Idziemy już? - chłopak objął mnie ramieniem i uśmiechnął się zachęcająco.
-Tak. - odstawiliśmy obraz z powrotem na miejsce, ja wzięłam gazety i zdjęcia, a Ross wziął album ze zdjęciami z dzieciństwa taty i cioci. Schowałam w szafie do pudła dzisiejsze znalezisko, gdzie mam też inne informacje na ten temat. Postanowiliśmy obejrzeć jakiś film żeby na chwilę zapomnieć o tej całej sprawie i wyluzować się, było to nam bardzo potrzebne. Po seansie postanowiliśmy wyjść do parku, po drodze kupiliśmy sobie lody i całą drogę się wygłupialiśmy.

                                                                             ***
Witajcie kochani :D Miesiąc zajęło mi napisanie tego, ale ostatnio strasznie się rozleniwiłam, więc musicie mi to wybaczyć. Mam nadzieje że rozdział się wam podoba, bo mi osobiście tak. Teraz przez jakiś czas skupie się na tematyce Bonnie i okolicznościach jej śmierci, liczę że was trochę zaciekawiłam tym. Do zobaczenia następnym razem.


niedziela, 9 kwietnia 2017

Rozdział 34

Rano razem z Vanessą postanowiłyśmy obudzić tatę, zakradłyśmy się do jego pokoju, kiedy spał z Alice i licząc do trzech skoczyłyśmy na ich łóżko. W pierwszej chwili obydwoje nie wiedzieli o co chodzi, tata powiedział że mamy z niego złazić, bo jesteśmy za wielkie żeby na nim siadać i że parę lat temu takie coś by przeszło, ale nie teraz. Vanessa i Alice zaproponowały że zrobią śniadanie, tata powiedział że im pomoże, ja chwilę zostałam u nich w pokoju. Przechodząc korytarzem usłyszałam jak ktoś wymiotuje w łazience, zapukałam delikatnie w drzwi.
-Czy wszystko w porządku? - po chwili drzwi się otworzyły, a w progu pojawiła się blada ciocia Kristen.
-Tak kochanie, nic mi nie jest. - uśmiechnęła się słabo.
-Aby na pewno? Słyszałam jak wymiotujesz. - kobieta lekceważąco machnęła ręką.
-To nic poważnego. Wierz mi, to nic groźnego.
-Załóżmy że ci wierzę. Jednak odnoszę wrażenie, że coś przed nami ukrywasz.
-Po prostu muszę yyy nieważne. Wszystko w porządku, nie masz się czym martwić. Gdzie Raphael i Alice?
-Poszli zrobić śniadanie.
-W takim razie chodź zrobimy herbatę. -  ciocia objęła mnie ramieniem, razem zeszłyśmy na dół, gdzie byli wszyscy. Nie chciałam być nachalna i dopytywać się o stan zdrowia Kristen, bo nie miało to najmniejszego sensu i tak nic by mi nie powiedziała, więc starałam się udawać że nic się nie stało. Postanowiłam jednak, że będę miała oko na tę kobietę, tak na wszelki wypadek. Wkurzam nie że oni wszyscy mają jakieś tajemnice, o których nie chcą mi powiedzieć, traktują mnie jak jakiegoś smarkacza, przecież data urodzenia na moim dowodzie mówi że jestem już dorosła, a moje poglądy też o tym świadczą. W nocy jak się przebudziłam słyszałam jak tata, Kristen i Robert znowu poruszali temat Bonnie, próbowałam wychwycić jakieś nowe informacje, ale oni nie powiedzieli nic czego już nie wiemy. Napisałam do Ross czy pomoże mi dowiedzieć się czegoś nowego jak wrócimy, rano odpisał że jasne i że zamierza nie zabrać na najlepszą gorącą czekoladę w mieście. Po śniadaniu wszyscy ostro wzięliśmy się za pracę, żeby na wieczorną wigilie  (postanowiłam że w opowiadaniu bohaterowie będą spędzać wigilie jak w Polsce ~ aut.) wszystko było idealnie. Vanessa i Alice sprzątały dom, wuja Robert zajął się rybami, ciocia Kristen zajęła się dekorowaniem stołu wiecie talerzyki, obrusek, sianko, świeczki itp, tata natomiast zabrał się za pieczenie pierników za które można zabić. Poważnie, on robi najlepsze pierniki na świecie, mówił że kiedyś na studiach dorabiał sobie dorywczo w małej cukierni za rogiem i ten właściciel bardzo dużo go nauczył jeśli chodzi o wypieki. Niestety zmarł zanim urodziła się Nessa, rodzice zawsze mówili że jak pan Peeta piekł ciasto to nikt nie mógł mu dorównać, podobno bardzo dużo serca wkładał w to co robił, dlatego były one takie dobre. Kiedyś powiedział "Pamiętaj żeby zawsze wkładać pełne serce w to co się robi, bo wtedy to ma sens. A jeśli to kochasz, to nie pozwól żeby kawałek ciebie uleciało, pielęgnuj to i daj się rozwijać. A uwierz mi, praca stanie się czystą przyjemnością". Ja natomiast musiałam przystroić zimowe drzewko, poukładać prezenty pod nim, nie zerkając do środka, a na koniec musiałam iść odgarnąć śnieg z podjazdu i chodnika. Przemilczmy ten fakt, że w domu są dwóch mężczyzn, a baba musi odśnieżać. Ubrałam się dosyć ciepło, wzięłam telefon i słuchawki, i poszłam do garażu po łopatę. Nawet sprawnie mi szło odśnieżanie z dobrą muzyką, ale ciągle miałam wrażenie że ktoś mnie obserwuje, na chwilę zdjęłam słuchawki i rozejrzałam się dokoła, kiedy chciałam wrócić już do pracy zauważyłam jak coś poruszyło się w krzakach po drugiej stronie drogi. Mocniej zacisnęłam łopatę i wolnym krokiem ruszyłam w stronę drogi, serce waliło mi jak młot, kiedy miałam już przechodzić przez jezdnie poczułam czyiś dotyk:
-Laura! Co ty robisz? - aż podskoczyłam ze strachu i pisnęłam, gdy wuja Robert obrócił mnie do siebie.
-Ale mnie wystraszyłeś. - chwyciłam się za miejsce gdzie znajduję się serce.
-Co ty jesteś taka strachliwa? - zaśmiał się, ale widząc moją minę natychmiast spowarzniał. -O co chodzi?
-Tam ktoś chyba jest i mnie obserwuję. - wskazałam na krzaki.
-Zostań tutaj, ja pójdę to sprawić. - wuja szybko przebiegł przez jezdnię, nikogo nie  było, ale świerze ślady od butów i szalik zaplątany w krzaki, mówiły wyraźnie że ktoś tu przed chwilą był. Mężczyzna zaproponował, że mi pomoże, wolał być przy mnie na wszelki wypadek, gdyby ta osoba wróciła i chciałaby coś mi zrobić. Dosyć sprawnie nam poszło odśnieżanie, głównie dla tego że naprawdę mały kawałek nam został. W domu poszłam się przebrać, bo moje ubrania były przemoczone od śniegu.
*Oczami Ross'a*
Razem z Laurą umówiłem się że przyjdę po nią do domu, a później pójdziemy na najlepszą gorąca czekoladę na świecie. Przejrzałem się ostatni raz w lustrze i wyszedłem z łazienki, po drodze minąłem Rydel szczerzącą się do telefony, po jej minie wnioskuje że czyta jakieś fanfiction. Ostatnio ona i Laura mają bzika na ich punkcie, tydzień temu musiałem słuchać przez dwie godziny jak moja ukochana opowiada mi o swoim ulubionym fanficku, żeby wiedzieć o czym rozmawiają te dwie, też go przeczytałem. Muszę przyznać że ta historia o Niallu Horanie w "Teenage Dirtbag" jest naprawdę dobra, oczywiście dziewczyny uważają że jest boska, genialna i wspaniała. Kiedyś oszaleję przez te kobiety, jak już tego nie zrobiłem. Wziąłem ze stolika kluczyki od samochodu, o które wcześniej musiałem błagać tatę, skończyło się na odśnieżaniu podjazdu, ale warto było.
-Wychodzę! - krzyknąłem do domowników. 
-Co mnie to obchodzi! - usłyszałem jak Rocky krzyczy, kiedy zamykałem drzwi. Miałem ochotę coś mu powiedzieć, ale postanowiłem być tym mądrzejszym. Przekręciłem kluczyki w stacyjce i ruszyłem, cała droga minęła mi dosyć miło. Zaparkowałem auto przed domem państwa Swan, zadzwoniłem dzwonkiem, długo nie musiałem czekać aż otworzy mi: 
-Och. - powiedziałem na widok pan Marano. Tata Laury przeleciał mnie wzrokiem (głupio to brzmi, ale niech już tak zostanie ~ aut.) od góry do dołu. -Dzień dobry panu. 
-Witaj młody człowieku, który jesteś w związku z moją najmłodszą córeczką. - otworzył szerzej drzwi i gestem zapraszającym do środka zaprowadził do salonu. Kurtkę i buty zostawiłem na korytarzy, trochę skrępowany usiadłem na kanapie w salonie. 
-Laura przyszedł ten twój Ross! - mężczyzna zawołał brunetkę z salonu, muszę przyznać że ma bardzo donośny głos. 
-Chwilę, daj mi pięć minut. - odkrzyknęła dziewczyna. 
-Kobiety. - zaśmiał się i usiadł niedaleko mnie. -A wiec nazywasz się Ross? 
-Tak, Ross Lynch proszę pana. 
-To naprawdę fajnie. - chwilę trwaliśmy w niezręcznej ciszy, zarówno mi i jak panu Marano było nieswojo, każdy z nas nie wiedział jak zacząć rozmowę. -Pozwolisz że zajmę się tym co robiłem wcześniej zanim przyszedłeś.
-Oczywiście, nie ma sprawy. A czym pan się... - przerwałem widząc, jak zaczyna czyścić szmatką pistolet. Zrobiłem wielkie oczy, z przerażeniem spojrzałem na ojca moje dziewczyny.
-Pochodzę z New Jersey, gdzie przez rok pracowałem w policji stąd mam pozwolenie na broń. - wyjaśnił widząc mój przerażony wzrok. 
-To świetnie. - moja pewność siebie nie jest już taka duża, jak zanim tu przyszedłem, prawda jest taka że teraz jej w ogóle nie ma. 
-Nie musisz się bać, nic ci nie zrobię. Chyba że skrzywdzisz moja córeczkę lub złamiesz jej serce, to wtedy nie będę miał wyjścia, będę musiał to zrobić. A uwierz mi, wydajesz się być dobrze wychowanym chłopakiem i z jakiegoś powodu Laura cię pokochała, dlatego rób wszystko żeby ja nie musiał robić coś tobie. A teraz dla pewności wyjaśnimy sobie parę spraw, ma wrócić przed zmrokiem i ani jednej minuty dłużej, jak kiedyś będzie płakać masz robić wszystko żeby tego więcej nie robiła, ma być cholernie szczęśliwa, jak będzie miała jakiś problem nie odwracaj się od niej, jak powie nie to znaczy nie i nie naciskaj na nią, a i traktuj ją jak największy skarb chodzący na tej planecie. Jej mama była dla mnie wszystkim, a ona mi tak bardzo ją przypomina, nie przeżyje jak stracę ją lub Vanessę. Dlatego chcę mieć pewność że w dobre ręce ją oddaje. - zaprzestał czyszczenia i spojrzał na mnie poważnie. 
-Niech mi pan uwierzy, w lepsze ręce niż moje pańska córka nie mogła trafić. Zrobię dla niej wszystko, nawet jakby konsekwencje tego były ogromne. - po moich słowach widać było, że poczuł ulgę. 
-Cieszę się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. 
Przez następne kila minut rozmawiało się nam dużo lepiej niż na początku, pan Raphael wydaje się być wspaniałym człowiekiem i wyraźnie wyluzował się. 
-Już jestem. - do salonu wpadła Laura. -To my będziemy już się zbierać. - brunetka chwyciła moją rękę i pociągnęła w stronę wyjścia, cudem udało mi się powiedzieć "Do widzenia". Szybko się ubraliśmy, w samochodzie rzuciliśmy się na siebie, całowaliśmy się dość namiętnie. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że jeszcze dzisiaj jej nie całowałem. 
-Wiedziałam, że jak dłużej posiedzę w pokoju to ty i tata odnajdziecie wspólny język. - powiedziała blisko moich ust, po czym dała przelotnego buziaka. 
-Więc mówisz, że to było specjalnie? - co jakiś czas dawałem jej całusa w usta.
-Ups. - wzruszyła bezradnie ramieniem. 
-Ty zła kobieto. - westchnąłem odpalając silnik samochodu. 
-Ej!
-Zapnij pasy złotko. - zrobiła to, o co ja poprosiłem.
*Oczami Laury*
Ross odwiózł mnie do domu przed osiemnastą, umówiliśmy się że ja, Vanessa i Lynchowie idziemy wspólnie na pasterkę. Wszystko na kolacje jest już gotowe, pierwsza gwiazdka pojawiła się za dziesięć dziewiętnasta, po podzieleniu się wspólnie opłatkiem i złożeniu sobie życzeń, każdy zajął miejsce przy stole. Panowała naprawdę miła atmosfera, nagle ciocia Kristen wstała i poprosiła wszystkich o uwagę, wszelkie rozmowy umilkły. 
-Chciałam powiedzieć, że bardzo się cieszę że wszyscy jesteśmy tutaj razem, to jest niesamowite że możemy razem spędzać ten wspaniały okres Bożonarodzeniowy, nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo się ciesze że jestem tutaj z osobami, które kocham. Bardzo starałam się żeby te święta były idealne, mam nadzieje że dla was są tak jak dla mnie. Muszę wam coś bardzo ważnego ogłosić. 
-Zaczynam się niepokoić siostro. - tata zaśmiał się, ciocia spiorunowała go wzrokiem za to że jej przerwał i dalej kontynuowała.
-Jestem w ciąży! 
Wszystkich przy stole zatkało, najbardziej zaszokowaną osobą był wuja Robert, który nie mógł uwierzyć że będzie ojcem. Kiedy wszyscy przetrawili tę informacje zerwali się z miejsca i zaczęli gratulować i przytulać przyszłych rodziców. Najbardziej cieszył się Rober, wyglądał jakby zaraz miał rozpłakać się ze szczęścia ciągle przytulał i całował ciocie. 
-Będziemy mieli dziecko! Będę ojcem! Cholera! Będę ojcem! 
-Nawet nie wiesz jak się ciesze ciociu. - przytuliła mocno ciocie, ale szybko przestałam bojąc się że zrobię coś dziecku w brzuchu. Wszystko stało się jasne skąd u cioci te ciągłe wymioty. Dowiedzieliśmy się że to trzeci miesiąc, wuja zdał sobie sprawę że do poczęcia doszło w rocznice ich ślubu, ten fakt oczywiście wszystkich rozbawił. Wiem, że Kristen i Rober będą dobrymi rodzicami. 

                                                                           ***
Witajcie kochani! Pisanie tego rozdziału trochę czasu mi zajęło, ale tak mi się nie chciało i większość dzisiaj napisałam. Zajęło mi to przesłuchanie całego albumu Shawn'a Mendesa "Handwritten", nową piosenkę Harry'ego Styles, kilka piosenek R5, Little Mix ft. Machine Gun Kelly, Machine Gun Kelly ft. Camila Cabello i Niall Horan "This Town" i teraz Steve Aoki & Louis Tomlinson "Just Hold On". Chciałam pozdrowić Ade, która przejrzała moje plany z ciążą Kristen haha. Za chwile będą święta to może znajdę trochę czasu żeby coś tu dodać.Dziękuje za skomentowanie poprzedniego rozdziału Honey, Anonimowi i Ada. Do zobaczenia.  


sobota, 11 marca 2017

Rozdział 33

-Dasz radę Laura! - Ross któryś raz z kolejki to krzyczał, starał się mnie zmotywować.
-Ja nigdzie stąd się nie ruszam. - objęłam mocniej drzewo, on i cała reszta byli na dole góry, a ja na samym szczycie. Od jakiś dwóch dni jesteśmy w Kolorado, Vanessa i Lynchowie zaproponowali żebyśmy pojeździli dzisiaj sobie na deskach. Zawsze jeździłam na nartach, nigdy wcześniej nie na desce. Przez pół dnia uczyłam się jak jeździć na tym cholerstwie, a kiedy szło mi nawet dobrze Rydel zaproponowała żebyśmy pozjeżdżali z góry. Myślałam że dam radę, ale gdy spojrzałam w dół moja cała pewność uciekła szybciej niż dziewczyny z pokoju Rocky'ego. Jak pomyślę sobie że to właśnie przez niego jestem skazana na deskę, to gotuję się we mnie. Idiota serio musiał połamać moje narty na pół!? Ale nie ważne, teraz liczy się to jak zjechać do przyjaciół i nie zginąć.
-Weź nie przesadzaj! Wcale nic ci się nie stanie!
-Skąd masz tą pewność Rydel? - zazwyczaj ufałam jej i wierzyłam, ale jakoś w tej chwili nie za bardzo.
-Siostra ogarnij się, bo przynosisz wstyd rodzinnie. - nawet z tej wysokości dobrze widziałam, że brunetka opiera się o ramię Riker'a. Zacisnęłam zęby i jeszcze raz powoli spojrzałam na dół. W głowie cały czas powtarzałam sobie "dam radę", wzięłam głęboki wdech, poprawiłam czapkę i puściłam się drzewa.
-Zuch dziewczynka! - mój blondasek oczywiście musiał jakoś skomentować moje zachowanie. W myślach policzyłam do trzech, raz kozia śmierć i zjechałam. Słyszałam jak wszyscy krzyczą:
-Jedź prosto!
-Wyprostuj się!
-Weź ręce z oczu!
-Uważaj! Tam jest drzewo!
-Skręć lekko w prawo!
Przez ich wszystkie krzyki coraz bardziej się denerwowałam, cudem udało mi się nie wjechać w jakieś dziecko, ale na szczęście tata tego dzieciaka skapnął się że nie umiem jeździć i w ostatniej chwili przyciągnął go do siebie.
-Laura a teraz musisz ostrożnie... - niestety Ross nie dokończył, bo wjechałam w niego. Jęknęłam z bólu i po dwóch minutach leżenia, powoli podniosłam się do pozycji siedzącej. Zauważyłam że wszyscy się na nas patrzą, ale głównie na blondyna, który leżał pode mną trzymając się za krocze, a z jego oczu płynęły łzy. Szybko zeszłam z niego, delikatnie dotknęłam jego ramienia.
-Misiu wszystko w porządku? - zdawałam sobie sprawę z głupoty mojego pytania, ale za bardzo nie wiedziałam co mu powiedzieć.
-Laska walnęłaś go konkretnie w jaja, oczywiście że nie jest okej.
-Zamilcz Rocky. - Vanessa posłała mu jedno z jej morderczych spojrzeń.
-Ross mocno boli? - Delly przykucnęła koło brata, a mi zrobiło się naprawdę głupio, że z mojego powodu cierpi. Zgarnęła z jego twarzy płatki śniegu, które leciutko latały wokół nas.
-Nie. - serce mi zamarło jak usłyszałam jego głos, było słychać w nim ból i to że cierpi.
-Ross nawet nie wiesz jak jest mi przykro, naprawdę bardzo, bardzo mocno cię przepraszam. - łza spłynęła po moim policzku, nie dosyć że było mi cholernie głupio że staranowałam swojego chłopaka to jeszcze przez ten przeklęty mróz oczy mi teraz łzawią.
-Nie płacz z mojego powodu. - dlaczego on zawszę się martwi o mnie, a nie o siebie? To sprawia że jeszcze bardziej go kocham i wiem że on kocha mnie.
-To przez mróz. - wyjaśniłam uśmiechając się. -Chcesz już wracać?
-Tak, ale potrzebuje jeszcze chwili.
Poczekaliśmy jakieś pięć minut jak chłopak podniesie się z ziemi i ruszyliśmy do domu. Ryland i Riker podtrzymywali go żeby nie upadł. Po przekroczeniu progu chatki poszłam przyrządzić dla wszystkich kakao, chłopacy położyli poszkodowanego na kanapie. Państwo Lynch razem z wujem pojechali zjeżdżać na inny stogi niż my, bo jak to Robert powiedział nie zamierza się do nas przyznawać i za nasze zachowanie wstydzić. Ciocia Kristen nie pojechała z nimi, ostatnio dosyć dziwne się zachowuję jest jakaś nieobecna. Wzięłam tackę z kubkami i dołączyłam do reszty. 
-Hej, co to za krzyki? - zapytałam rozdając każdemu kakao.
-Chłopacy chcą oglądać "Wakacje z cheerleaderkami"...
-To jest naprawdę dobry film. - przerwał Van Riker.
-Ale zważywszy na to że jutro jest wigilia, nie uważacie że dobrze by było obejrzeć coś świątecznego? Ostatnio na YouTube widziałam zwiastun filmu "Cztery gwiazdki" jest to komedia, romans i dramat, wydaje się naprawdę ciekawy. Co wy na to? - entuzjazm w głosie Delly był zaraźliwy.
-Jestem za tym. - zgodziłam się z przyjaciółką.
-A ja nie. - odezwał się Ryland wkładając telefon z przypiętymi słuchawkami do kieszeni.
-Chłopaki no weźcie. Jutro jest wigilia, a wy chcecie jakieś dupy oglądać, które możecie zawsze kiedy indziej sobie włączyć i nas nie musi przy tym być.
-Rydel co ci przeszkadza żeby oglądać film nie związany ze świętami? - zapytał Rocky, które na dobrą sprawę miał wyjebane co będziemy oglądać.
-W takim razie oglądamy film o jakiś przystojniakach na plaży, którzy nie mają koszulek, a ich sześciopak idealnie komponuje się z morzem i piaskiem. Zaraz sprawdzę co wujek Google poleca. - Nessa wyciągnęła telefon z kieszeni, gdy odblokowała go, Ryland machnął ręką i powiedział:
-Nie będziemy tego oglądać. Jak nazywał się ten film "Cztery gwiazdki"? - najmłodszy z nas podszedł do laptopa podłączonego do telewizji i zaczął wpisywać tytuł filmu. Razem z dziewczynami uśmiechnęłyśmy się zwycięsko i przybyliśmy sobie piątkę tak żeby chłopacy nie widzieli. Każdy z nas zajął miejsce, ja usiadłam koło Ross'a, Vanessa i Rydel usiadły koło Riker'a, Ryland zajął miejsce na fotelu, a Rocky wybrał podłogę. Położyłam głowę na ramieniu blondyna, czułam że się uśmiecha.
-Nadal boli? - szepnęłam mu do ucha żeby nie przeszkadzać reszcie w oglądaniu.
-Nie, jest dobrze, ale jak chcesz to możesz pocałować żeby było lepiej.
-Idź ty zboczeńcu. - walnęłam go w ramię z trudem powstrzymując uśmiech, ten tylko zaśmiał się z mojego czynu, objął ramieniem i pocałował w czubek głowy. To znaczy że mój Ross wrócił i nic mu nie jest, odetchnęłam z ulgą. Z zaciekawieniem oglądałam jakie przygody spotykali główni bohaterowie, nawet nie wiem kiedy minęło te półtora godziny. Po pomieszczeniu rozbrzmiał genialny głos Ed'a Sheeran'a w piosence "Give Me Love", szybko odebrałam telefon od cioci Kristen.
L:Hello?
K:It's me.
L:Poważnie ciociu?
K:Tak tylko się zgrywałam. Laura gdzie ty i Vanessa jesteście?
L:U Lynchów, a co?
K:Czy możecie już wrócić?
L:Tak możemy. Czy coś się stało?
K:Nie, ale mamy gości. Jak chcecie możecie zabrać ze sobą Lynchów, ich rodzice też tu są.
L:Dobra będziemy za jakieś piętnaście minut.
Rozłączyłam się i powiedziałam reszcie że ja i Nessa musimy iść, a oni jak chcą to mogę zabrać się z nami. Od ich domku do naszego jest jakieś piętnaście minut drogi samochodem, pojechaliśmy dwoma autami. Całą drogę zastanawiałyśmy się z Vanessą, kto mógł nas odwiedzić, ale nic konkretnego nie przychodziło nam do głowy. Kiedy weszliśmy do domku z salonu słyszeliśmy głośne śmiechy, razem ze siostrą spojrzałyśmy się na siebie lekko zszokowane poznając właśnie ten jeden śmiech, taranując Rocky'ego i Riker'a pobiegłyśmy do źródła głosów.
-O mój Boże! - krzyknęłam na widok taty i rzuciłam się na niego mocno przytulając.
-Dziewczynki nie mogę oddychać. - mimo tych słów mocniej nas przytulił. Tak się ciesze że go widzę, tyle czasu mi go brakowało. Przywitałyśmy się jeszcze z Alice, która wyglądała naprawdę dobrze. Zapoznałyśmy tatę i jego dziewczynę z naszymi przyjaciółmi.
-Tato to jest mój chłopak Ross. Ross to jest mój tata. - odciągnęłam ich na chwilę na bok, żeby się poznali.
-Naprawdę miło mi pana poznać, Laura bardzo dużo o panu mówiła. - blondyn radośnie wyciągnął rękę do mojego ojca, ten podejrzanie i nie ufnie spojrzał na nią po czym uścisnął ją.  
-Mi też miło cię poznać, ale jeśli skrzywdzisz moją córeczkę, to równie dobrze możesz iść szukać sobie miejsca na cmentarzu. - papa przyciągnął go do siebie tak że byli oko w oko, a ich twarze dzieliła pięciocentymetrowa odległość.
-Okej? Wystarczy. Może wszyscy usiądziemy. - zaproponowałam.
-To świetny pomysł. - człowiek od którego mam połowę DNA z radością przystał na mój pomysł. Wszyscy zaczęli zajmować sobie miejsca, Ross trochę pobladł i wyglądał na lekko przestraszonego, ale tak poza tym wszystko było z nim dobrze. Razem z tatą poszliśmy przynieść więcej ciasta i talerzyków. 
-Musiałeś go tak nastraszyć? - popatrzyłam na tatę, próbując udawać złą, ale za bardzo się cieszę że go widzę żeby być na niego zła.
-Chłopak wydaję się miły i dobrze wychowany, ale zrozum mnie, jestem twoim ojcem muszę go nie lubić, chodź wydaję mi się że będzie to trudne zadanie. - on jak nigdy umie mnie rozśmieszyć i wywołać uśmiech na mojej twarzy.
-Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak cholernie za tobą tęskniłam i jak mocno się cieszę, że jesteś tutaj razem z nami. - kolejny raz przytuliłam mężczyznę, który dał mi i Van tyle miłości ile mógł po śmierci mamy i nas wychował.
-Ej! Młoda damo język. - upomniał mnie.
-Dlaczego kiedy dzisiaj rano rozmawialiśmy przez telefon, nie powiedziałeś że przyjeżdżasz? - od jakiś dwóch tygodni codziennie rozmawiam z tatą przez telefon, kilka razy zdarzyło nam się od siebie zadzwonić żeby powiedzieć tylko "Dzień dobry" albo "Dobranoc".
-A czy wtedy byłaby to taka niespodzianka, jak teraz?
-Nie, ale może bym wam upiekła jakiś tort na przywitanie albo zrobiła przynajmniej jakieś kanapki, pewnie jesteście mega głodni i zmęczeni po podróży.
-Czy ty myślisz że moja siostra wiedząc od jakiś trzech tygodni że tutaj przyjedziemy, nie zrobiła nam nic do jedzenia? Uwierz mi, ja już na jedzenie nie mogę patrzeć. - zaśmiał się.
-A jednak przyszedłeś po ciasto. - obróciliśmy się w stronę wejścia do kuchni, gdzie stała Vanessa i nam się przyglądała.
-Bo nie mogłem się powstrzymać. - ten zadziorny uśmiech, mama zawsze mówiła że to właśnie w nim się zakochała.
Brunetka uśmiechnęła się tylko na odpowiedz taty i pomogła nam wykładać placek na talerz, po ośmiu minutach wróciliśmy do reszty, byśmy szybciej się wyrobili, ale w kuchni cały czas ze sobą rozmawialiśmy. W salonie panowała naprawdę dobra atmosfera, wszyscy rozmawiali ze sobą jakby znali się kupę lat. Ross na początku trochę głupio się czuł jak tata zadawał mu jakieś pytania, ale dyskomfort szybko minął. Przestałam słuchać o czym rozmawiają, kiedy wkroczyli w tematykę sportu, całe męskie grono zaczęło rozmawiać o jakiś zawodnikach czy grupach, które kompletnie mnie nie interesowały. Alice opowiadała jak idzie jej w butiku, który jakiś czas temu otworzyła, każdy ze sobą rozmawiał. Ciocia Kristen przeprosiła nas na chwilę i w tempie błyskawicznym poszła do łazienki, po jakimś czasie wróciła. Coraz bardziej zaczynam się martwić o ciocie, mam nadzieję że nie jest na nic chora i to jest związane tylko z jutrem i stresem z tym żeby wszystko wypaliło. Vanessa i ja bardzo ucieszyłyśmy jak tata powiedział nam że zamierza z nami spędzić dwa tygodnie, już nie mogłyśmy się doczekać żeby pokazać mu miejsca do których chodzimy w LA. Oczywiście parę miejsc wykluczymy z planu naszej wycieczki, to będzie wspaniały czas.

                                                                            ***
Witajcie kochani! Oto ja i nowy rozdział. Naprawdę się ciesze że w tydzień udało mi się napisać rozdział, może nie jest długi, ale ważne jest że nie jest krótki. Mam nadzieje że rozdział wam się spodoba, cały dzień dzisiaj go pisałam. Liczę na wasze komentarze, przyznam że pod poprzednim rozdziałem nie spodziewałam się żadnego komentarza, a tu był jeden od Honey (którą serdecznie pozdrawiam) ten jeden komentarz był naprawdę motywujący. Dziękuje Ci. Do zobaczenia wkrótce.

   

sobota, 4 marca 2017

Rozdział 32

W trójkę udaliśmy się do kuchni, gdzie wyciągnęliśmy wszystkie potrzebne składniki do przygotowania ciasta na pierniki. Głównie to ja i Rydel zajmowałyśmy się pieczeniem, Ross tylko siedział i co chwilę nam przeszkadzał. Jak nie chował nam dla żartu składników, to gadał jak katarynka, buzia w ogóle mu się nie zamykała albo specjalnie fałszował podczas śpiewania, kiedy w radiu leciało coś co zna. Strasznie to wkurzało, ale chyba najgorsze było, jak uszczypną mnie w tyłek gdy sięgałam po miskę z górnej szafki. Przez tego idiotę piękna miska w serduszka wylądowała w koszu, tak się na niego wkurzyłam że zaczęłam go bić ręcznikiem kuchennym, a ten tylko się śmiał. Kazałam mu posprzątać resztki miski (bądź co bądź, ja nie zamierzam sprzątać po nim), po tym całym zajściu siedział chwilę cicho, już z Delly ucieszyłyśmy się że mamy spokój. Niestety po ośmiu minutach ciszy postanowił, że nie będzie z nami gadać tylko sobie pośpiewa. Uwielbiam słuchać jak śpiewa, ale jak specjalnie fałszuje i krzyczy to już nie koniecznie. Z jego ust usłyszałam najgorszą wersje "Hello" Adele (chciałabym pogratulować Adele wszystkich nagród zdobytych na gali Grami ~aut).
-Zrób coś ze swoim bratem, bo zaraz ja mu coś zrobię. - szepnęłam do blondynki wkładając kolejną porcję pierników do piekarnika.
-To twój chłopak. - odparła kładąc gorącą blaszkę na podstawkę na stole. Podeszłam do niej pomagając wykładać pierniki na talerz.
-Zamknij się Ross i zrób głośniej! - wydarła się nagle Delly, aż podskoczyłam ze strachu.
-Dlaczego mam się zamknąć? - zapytał blondyn podgłaśniając radio. Chwilę się przysłuchałam piosence po czym się wydarłam, kiedy mój chłopak chciał coś powiedzieć.
-Boże zamknij się! Shawn Mendes leci! - podleciałam do radia, gdzie stała już Delly, razem miałyśmy taki zaciesz słuchając Shawn'a Pieprzoną Perfekcje Mendesa.
-Jezus kocham "Stitches"! Laura jak można mieć aż taki talent? - dziewczyna wygląda jakby miała się zaraz ze wzruszenia popłakać. Sama muszę przyznać, że jak mocniej się w słucham w jego głos to mam takie ciarki na plecach i chcę mi się płakać. W jego głosie trudno jest się nie zakochać, to jest takie wspaniałe, że jest taki utalentowany.
-Kim jest Shawn Mendes? - Ross podszedł do nas, po tym jak piosenka się skończyła i prowadzący stację zapowiedział najnowszy kawałek Justin'a Biebera. Wtedy każda z nas wróciła do swojego wcześniejszego zajęcia.
-Trzymaj mnie, bo zaraz ataku serca dostane. - złapała się za pierś, gdzie znajduje się serce. -Ty się pytasz kim jest Shawn!?
-No, co jest w tym złego, że zapytałem się, kim on jest?
-Mogę ci powiedzieć kim ty jesteś.
-Zamienia się w słuch.
-Nikim. - Rydel uśmiechnęła się iście wrednie. Mina chłopaka była bez cenna, musiałam ugryźć wnętrze policzka żeby się nie uśmiechnąć.
-Nie bierz sobie tego do siebie kochanie. - postanowiłam pocałować go w policzek, ten przyciągnął mnie do siebie i namiętnie pocałował. Słyszałam za sobą głos blondynki mówiący, że jesteśmy ohydni i nie mamy robić tego przy ludziach. Znam na tyle dobrze Ross'a że wiem, że zrobił to specjalnie żeby zrobić na złość siostrze za to że go obraziła, mogłabym mu nie pomagać, ale wtedy bym nic nie zyskała, może ewentualnie zadowolenie przyjaciółki. A tak całuje się z najprzystojniejszym chłopakiem w LA. 
-On jest kanadyjskim piosenkarzem i jest mega uroczy. - wyjaśniłam mu, gdy przestaliśmy się całować. 
-Widzisz Rydel, Laura grzecznie i kulturalnie odpowiedziała na moje pytanie. A co to miało znaczyć "mega uroczy"!? - odwrócił się w moją stronę, na twarzy miał wymalowaną czystą zazdrość. 
-To znaczy że jest mega uroczy, nie musisz być zazdrosny. -  uszczypnęłam go w prawy sutek.
-Ale ja nie jestem zazdrosny. 
-Owszem jesteś. 
-Laura ma racje bracie, jesteś zazdrosny. Jeśli mam być szczera to masz być o co, Shawn'em można słodzić herbatę, którą nie byłbyś w stanie wypić, bo byłaby taka słodka. - kocham Delly i jej podejście do braci i Ellington'a. 
-On jest uroczym piętnastolatkiem, gdybym leciała na młodszych i nie poznała ciebie to bym robiła wszystko żeby go zdobyć. 
-No nie powiem, uspokoiłem się trochę.
Następne dwie godziny minęły nam na zdobieniu pierników w różne wzorki, kilka razy przyłapałam Ross'a jak próbował zjeść nasze arcydzieło, za każdym razem zwracałam mu uwagę żeby tego nie robił. Jak już wszystko przyrządziliśmy dołączyła do nas Vanessa, chwilę z nami porozmawiała po czy zadzwoniła do niej jej stara znajoma.  Chcieliśmy razem obejrzeć jakiś film, ale pani Stormie zadzwoniła do Rydel z pytaniem czy zamierzają dzisiaj wracać do domu, zrobiło im się trochę głupio więc postanowili pójść już do domu. Wieczór spędziłam z Van, ciocią i wujem, na początku oglądaliśmy komedie "Millerowie", która swoją drogą była bardzo śmieszna, a później wuja Robert zaproponował że zagramy w kalambury. Tak fajnie się nam grało, że nawet nie zauważyliśmy kiedy na zegarku pojawiła się druga w nocy. Każdy z nas rozdzielił się do swoich pokoi. Noc minęła mi spokojnie, wczesnym rankiem obudził mnie dźwięk przychodzącego sms'a, po przeczytaniu wiadomości szybko chwyciłam bluzę i nakładając ją na siebie zeszłam na dół. Najciszej jak tylko umiałam wyszłam do ogrodu, gdzie czekał na mnie Ross z uśmiechem na ustach. Podbiegłam do niego rzucając mu się na szyję, jakbym go wieki nie widziała. Chłopak mnie pocałował i wziął za rękę.
-Dokąd mnie ciągniesz? - zapytałam kiedy blondyn zaczął mnie prowadzić w nieznanym mi kierunku.
-Co powiesz o romantycznej przejażdżce? - na słowa Lyncha zatrzymałam się gwałtownie.
-Ale że teraz? - musiałam komicznie wyglądać ze zdziwioną miną skoro mój partner miał taką minę, jakby próbował nie roześmiać się.
-A czemu nie?
-Poczekaj, pójdę się przebrać. - już miałam iść w stronę domu, kiedy Ross mnie zatrzymał.
-Nie musisz nigdzie iść, tak będzie idealnie.
-Jesteś pewien? 
-Niczego bardziej nie byłem pewien, a teraz chodź. Porywał cię. - blondyn przyciągnął mnie do siebie oplatając mnie swoim ramieniem. Dwie sekundy później staliśmy przed samochodem rodziców chłopaka, podziękowałam skinieniem głowy, kiedy Ross otworzył mi drzwi.
-Czyli to jest porwanie? - zapytałam, gdy odpalił silnik.
-Nie, bo jedziesz z własnej woli. A po drugie mam muffiny. - pomachał mi torbą pełną smakołyków.
-Muffiny!? - pisnęłam wybuchające głośnym śmiechem, chwytają jednego muffina.
-O co chodzi? - blondyn wyglądał na trochę zabitego z tropu.
-O nic. - włączyłam radio żeby zabić panującą ciszę, właśnie załapaliśmy się na końcówkę piosenki Shawn'a, zrobiłam znaczącą minę biorąc gryzą muffina.
-Będzie mi się opłacało zapytanie ciebie co ty robisz? - uniósł pytająco jedną brew.
-Nie. - pokręciłam przecząco głową, biorąc kolejnego gryza. Po jakiś piętnastu minutach jazdy Ross skręcił w stronę jakiegoś lasku. 
-Czy ty wywiozłeś mnie tutaj żeby mnie zgwałcić, a potem zabić? - zapytałam lekko spanikowana. Nie powinnam czytać fanfiction o tym jak dziewczyna zostaję porwana, wywieziona do lasu, zgwałcona, zabita i zakopana pod drzewem, przed spaniem. Przeklęty Harry Styles (zmyśliłam takie fanfiction ~ aut)! 
-Co!? Nie! Skąd ci taki pomysł do głowy przeszedł? 
-No wiesz, porywasz mnie z samego rana, gdzie normalny człowiek o tej porze śpi. Wywozisz do lasu, a z tyłu na siedzeniu jest łopata i czarne worki na śmieci. - wskazałam na wcześniej wspomniane przedmioty. 
-Rzeczywiście słabo to wygląda. - podrapał się z tyłu głowy. -Ale to nie jest tak jak myślisz, moja mama wczoraj robiła zakupy w ogrodniczym i zapomniała wyciągnąć tą łopatę. Możesz być spokojna, nic ci nie zrobię. 
-Załóżmy że ci wierzę. 
-Jesteśmy na miejscu. - Ross zatrzymał samochód. Rozejrzałam się dokoła, kiedy chłopak otworzył mi drzwi. Było tutaj naprawę pięknie, aż z wrażenia zapadło mi dech w piersi.
-Czy stąd widać całe Los Angeles? 
-Tak kochanie. - Ross objął mnie od tyłu i pocałował w szyję. 
-Poczekaj, po co mnie tutaj przywiozłeś? - plecami oparłam się o jego klatkę piersiową. 
-Żebyśmy mogli podziwiać jak słońce budzi LA. - wyjaśnił.
-Myślałam że Los Angeles nigdy nie chodzi spać. 
-Słuszna uwaga. Kocham cię. - blondyn schował głowę w zagłębieniu mojej szyi.
-Ja ciebie bardziej. - zaczęliśmy się całować, po jakiś czterech minutach usiedliśmy na skalę. Nieświadomie uśmiechała się do siebie podziwiając jak słońce wyłania się za wysokich wieżowców i jak na drodze pojawiają się pomału samochody. Lynch cały czas obejmował mnie ramieniem, a ja miałam głowę opartą o jego tors. Zrobiło mi się trochę głupio jak koło nas przebiegło jakieś małżeństwo, które uprawiało poranny jogging, a ja miałam na sobie piżamę. Pochyliła się do ucha mojego chłopaka i zapytałam czy możemy już wracać.
-Nie podoba ci się tutaj? - trochę posmutniał, kiedy odsunęła się od niego.
-Nie, tutaj jest naprawdę piękne, dziękuję ci bardzo za to że mnie tutaj przywiozłeś, ale nadal mam na sobie piżamę. I trochę głupio się czuję z tym faktem, że wszyscy dokoła mnie są ubrani, a ja nie.
-Przecież masz na sobie ciuchy. 
-Nie o to mi chodziło! - oparłam bezradnie głowę o ręce.
-Przecież wiem, tak tylko się z tobą droczyłem. 
Rzuciłam bluzę na tylne siedzenie samochodu, gdy weszliśmy do pojazdu, bo robiło się coraz cieplej. Zapięłam pas i założyłam okulary przeciwsłoneczne Ross'a, które mi pożyczył, na nos. Cała droga minęła nam na rozmowie, blondyn mówił mi co zamierza mi pokazać w Colorado i gdzie można zjeść coś dobrego. 
-Widzimy się jeszcze dzisiaj? - zapytał parkując auto przed swoim domem.
-Jasne, że tak. - pocałowałam go na pożegnanie i pobiegłam w stronę domu. Wuja i Vanessa jedli właśnie śniadanie.
-Gdzie ty byłaś? Już chciałem dzwonić na policję że ktoś mi córkę porwał. - zrobiło mi się bardzo miło na sercu, jak wuja Robert nazwał mnie swoją córką.
-Ross mnie zabrał, w takie fajne miejsce. Nie musisz się martwić. A gdzie jest ciocia? 
-Musiała co załatwić w mieście. - wyjaśniła mi Vanessa. 
-Aha. 
-Siadaj i jedź. - wuja wskazał miejsce koło siebie. Chwyciłam płatki śniadaniowe i wsypałam je do miski, dodałam jeszcze mleka i zabrałam się za jedzenie.

                                                                         ***
Wróciłam! Wiem że bardzo długo mnie nie było, nigdy chyba aż tyle nie musieliście czekać na rozdział. Szczerze to co jest powyżej jest bardzo słabe, za co chciałabym serdecznie przeprosić. Nie miałam za bardzo pomysłu na rozdział i jeśli macie jakieś ciekawe pomysły na kolejny rozdział to śmiało możecie pisać. Chyba mam kryzys twórczy, brak pomysłów i tak w ogóle. Nawet zastanawiałam się czy nie zakończyć tej historii, ale szkoda mi trochę tego kończyć. Mam nadzieję że za jakiś czas wena mi wróci, szkoła bardzo mnie wykańcza. Podejrzewam że następnym rozdział może być słaby, ale jest szansa że będzie lepszy od tego. Odzwyczaiła się trochę od pisania, więc potrzebuję trochę czasu żeby wrócić do dawnej formy. Życzę wszystkim udanego dnia, mam nadzieję że ktoś tutaj wpadnie i przeczyta moją ciężką pracę 😂 Do zobaczenia wkrótce.




piątek, 30 grudnia 2016

Rozdział 31

Rozdział dedykuje Kathy Leonia

Od urodzin Vanessy i Rocky'ego minęło sześć tygodni, nic ciekawego nie działo się przez ten czas, może poza moimi urodzinami które były super. Teraz oficjalnie mam osiemnaście lat! Głupio że nie mogę iść sobie legalnie do klubu i kupić alkohol, bo nie mam jeszcze dwudziestu jeden lat. To nie oznacza że nie będę tego robić, oczywiście że będę tyle że nielegalnie. Wracając do moich urodzin, impreza była genialna, mam pewną teorie że Vanessa przespała się z Riker'em po pijaku, ale nie jestem pewna. Ich relacja mnie irytuje, przy nas wszystkich zachowują się jak zwykli przyjaciele (chodź ich zachowanie czasami na to nie wskazuje) a jak są sami, to wyglądają jak dwa napalone byki na siebie, które z trudem panują nad tym żeby się na siebie nie rzucić, bo nie pozwala im na to etyka. To jak oboje pożerają się wzrokiem jest za razem słodkie i okropne, jakiś czas temu kiedy przyszliśmy do Lynchów Nessa założyła spódniczkę, a Riker zaczął się ślinić co było dosyć ohydne. Ja rozumiem że ktoś może zachwycać się czyimś wyglądem, ale ślinienie się nie jest ani atrakcyjne ani słodkie, raczej bym powiedziała że to jest nie smaczne. Razem z Rydel zauważyłyśmy ich dziwne relacje i teraz jesteśmy niczym detektyw Sherlock Holmes szukający jakiś dowodów na istnienie ich związku. Parę dni przed urodzinami pojechałam razem z Van do taty na kilka dni, bardzo się cieszyłam że mogę z nim spędzić czas. Trochę opowiedziałam mu o Ross'ie, za każdym razem jak o nim wspominałam tata robił dziwną minę, Alice powiedziała mi że jest zazdrosny o to że jego mała córeczka ma już chłopaka i jak nakazuje prawo musi go nie lubić. Chodź ona sama bardzo staranie wypytywała się o niego. Żałuje że nie ma z nami mamy, nie to że nie lubię Alice, bo lubię i to bardzo, chodzi tylko o to chciałabym bardzo żeby była z nami. Pewnie by bardzo polubiła Ross'a, tata nie miał szansy jeszcze poznać go osobiście. W tym samym czasie co ja wyjechałam, on pomagał koledze w pizzerii, robił ciasto albo rozwoził po domach. Parę razy pomagała mu w rozwożeniu pizzy, blondyn od rana do wieczora ciężko pracował, dobrze że dziewczyny były, bo inaczej z nudów bym umarła. Nie mieliśmy za bardzo czasu dla siebie. Na urodzinach okazało się, że Ross kupił bilet na koncert Justin'a Timberlake. Kiedy dostałam kopertę w której były dwa bilety na koncert, jeden dla mnie, a drugi dla osoby towarzyszące, myślałam że ze szczęścia umrę. Rzuciłam się na mojego chłopaka, całowaliśmy się z jakieś dziesięć minut, kiedy oderwaliśmy się od siebie wtuliłam twarz w zagłębieniu jego szyi, on szepnął mi do ucha "Wszystkiego najlepszego kochanie". To były moje najlepsze urodziny w całym życiu. Koncert Timberlake ma odbyć się dwudziestego siódmego grudnia. Rydel i Vanessa ciągle mnie męczą żebym jedną z nich wzięła ze sobą jako osobę towarzyszącą, to robi się już męczące. Mówiłam im że nie wyobrażam sobie żeby nie wziąć ze sobą Ross'a, to przecież dzięki niemu idę na koncert. A sama wiem, że bilety nie były wcale takie tanie, a on tak ciężko pracował i wszystko wydał na to żeby moje marzenie się spełniło. Mam najlepszego chłopaka na świecie! Za niedługo święta i wszyscy żyjemy tym magicznym czasem. W sklepach można zobaczyć pełno świątecznych ozdób i innych takich pierdółek. Jestem właśnie w trakcie strojenia swojego pokoju żeby dodać mu świątecznego blasku, aktualnie siedzę na łóżku, bo zrobiłam sobie krótką przerwę. Obok mnie na krześle od biurka siedzi Rydel, która postanowiła mi pomóc, z racji tego że wczoraj ja jej pomagałam.
-Sherlocki możecie przestać knuć te swoje teorie spiskowe? - jęknął Ross, który leżał na łóżku i jedną ręką obejmował moje biodra, a w drugiej obracał ozdobę świąteczną w kształcie gwiazdy uważnie jej się przyglądając. Odwróciłam do niego głowę i spojrzałam z pod byka. Ja i blondynka byłyśmy w trakcie omawiana tego że Vanessa gdzieś wyszła i Riker też i że pewnie poszli się spotkać ze sobą.
-Ross my jesteśmy tu w trakcie omawiania bardzo istotnych spraw, a ty nam przerywasz! - oburzyła się jego siostra. Przytaknęłam jej głową wkładając kolejny kawałek mandarynki do ust.
-Ty nawet przeciwko mnie. - dźgnął mnie palcem w bok.
-Tak jakoś wyszło. - wzruszyłam ramionami i włożyłam mu mandarynkę do ust. Blondyn mruknął że niech mi będzie i wrócił do swojego wcześniejszego zajęcia, czyli macanie moich ozdób świątecznych i komentowanie ich wszystkich.
-Jak na was patrze to płakać mi się chce, że nie mam chłopaka.
-I przez długi czas nie będziesz miała. - odparł Lynch. Kiedy Delly posłała mu mordercze spojrzenie dodał. -Chłopacy i ja nie wyrażamy zgody na chłopaków, jesteś za młoda.
-Ty chyba jesteś chory.
-Chyba ty. - pokazał jej język.
-Raczej ty. - odpyskowała mu siostra i rzuciła w niego moja mandarynką.
-Ej, to moje! Jak chcecie rzucać w siebie jedzeniem, to nie tutaj. - gorzej z nim jak z dziećmi.
-To on/ona zaczęła/zaczął! krzyknęli równocześnie wskazując na siebie nawzajem palcem.
-Jakie zgodne rodzeństwo. - zaśmiałam się pod nosem. -Masz rozplącz te lampki, skoro ci się nudzi. - rzuciłam na brzuch mojego chłopaka poplątane lampki, których nie chciało mi się rozplątywać. Blondyn głośno westchnął i zabrał się za robotę.
-Fajnie że my i wy spędzimy święta w Kolorado! - krzyknęła podekscytowana Delly. Lynchowie co roku w święta Bożego Narodzenia jeżdżą do Kolorado, gdzie mieszkają tam ich dziadkowie, żeby razem z nimi spędzić ten niezwykły czas. Ciocia i wuja jakieś trzy lata temu kupili w Kolorado nie duży domek w którym spędzają święta i czasem przyjeżdżają na wakacje, chodź sami twierdzą że wolą tam przyjeżdżać w święta. Kiedy spytałam się ich dlaczego kupili tam dom, odpowiedzieli mi że kochają spędzać święta ze śniegiem, a w Los Angeles nie pada i wiecznie jest słonecznie. Dowiedziałam się też że tata ma przyjechać na jeden dzień do Kolorado, a później ma wyjechać do senatorium, bo ma lekkie problemy ze zdrowiem. Ale nie kazał mi się tym martwić.
-Też się strasznie z tego powodu cieszę! - wstałam z łóżka, podeszłam do małej choinki, która stoi na parapecie i zaczęłam zawieszać na niej ozdoby. Po chwili dołączyła do mnie Rydel.
-Pójdziesz zemną na zakupy świąteczne?
-Tak, sama muszę zrobić wszystkim prezenty. - zgodziłam się na propozycje przyjaciółki.
-A co mi kupisz? - Ross wyszczerzył się jak dziecko, wstając z łóżka.
-Stringi. - uśmiechnęłam się wrednie.
-Co kurwa? - mina mu zrzedła. Razem z blondynką wybuchnęłyśmy głośnym nie pohamowanym śmiechem, wyciągnęłam z kieszeni mój telefon i zrobiłam mu zdjęcie (za niedługo ma urodziny, więc te zdjęcie nada się idealnie). Po tym jak zrobiłam mu zdjęcie, otrząsnął się i strzelił focha, na chwilę odwrócił się do nas. -Ale ty tak na poważnie?
-A czy ja wyglądam jakbym sobie żartowałam? - wskazałam na siebie palcem.
-W tej opasce z rogami reniferów i łańcuchem świątecznym owiniętym wokół szyi, tak, wyglądasz jakbyś robiła sobie ze mnie jaja. - kompletnie zapomniałam o tym że mam ubrane te przeklęte rogi i łańcuch, chciałam zachować kamienną twarz i trochę z niego pożartować. Ale oczywiście wyszło jak zawsze. Już od dawna mam kupiony dla niego prezent, przez prawie cały listopad ciągle mi mówił o nowej płycie The Script, przez to że ciągle pracował nie miał czasu iść sobie jej kupić, a teraz że są święta i musiał zrobić wszystkim prezenty to nie stać go na nic. Mam zamiar dokupić mu jakąś bluzę, bo biedak nie ma teraz prawie żadnej, przez to że ciągle mi jakąś pożycza, a ja zapominam mu je oddać. Na szczęście nie muszę go wypytywać o rozmiar, wystarczy tylko że podejdę do szafy i sama to sprawdzę.
-Kiedy macie występ? - zapytałam.
-W ten piątek.
-A przyjdziesz? - spytał Ross obejmując mnie od tyłu.
-Oczywiście. - pocałowałam go w policzek i uwolniłam się z jego uścisku, wracając do mojego wcześniejszego zajęcia. Zapomniałam wam wspomnieć że od występu R5 na urodzinach, zagrali oni trzy koncerty w sobotni wieczór w kawiarni, głównie grają covery, ich jedynym utworem który napisali jest "Cali Girls" Rocky, Riker, Ross i Ellington pisali to przeszło osiem godzin ze słowami i muzyką. Wczoraj Delly pokazywała mi swój tekst który sama napisała, piosenka nazywa się "Love Me Like That" i uważam że jest genialna. Blondynka twierdzi że musi jeszcze ją dopracować i że będzie potrzebowała pomocy chłopaków z muzyką, ale tak poza tym wszystko jest perfekcyjne. Nie mogę się doczekać żeby usłyszeć moją księżniczkę, Rydel coś wspominała że chłopacy będą robić jej chórek, ale nie jest tego jeszcze pewna w stu procentach. W piątek R5 ma zagrać koncert świąteczny ze najsłynniejszymi utworami gwiazdkowymi dla klientów kawiarni "Cafe", mało kreatywna nazwa kawiarni za to mają naprawdę dobrą kawę i ciasta. Nawet nie musieliśmy prosić Alexe żeby zagadała z właścicielem, bo sam to zaproponował.
-Już wiecie co zagracie? - postanowiłam przerwać ciszę, która nastała po moim pocałunku w policzek.
-Tak, mamy już ustaloną kolejność utworów. Szkoda że mamy tylko czterdzieści minut czasu. - Delly trochę posmutniała, widząc to Ross podszedł do niej i objął jedną ręka.
-Ale to zawsze jest lepsze niż nic. Popatrz na naszym pierwszym występie było z około dziesięć osób, a na ostatnim było już koło trzydzieści osób. Z występu na występ coraz więcej ludzi idzie nas posłuchać, co dzięki temu pozwala nam się rozwijać jako muzycy. Czy myślisz że te wszystkie gwiazdy od razu miały pełno fanów i grali długie występy? Powiem ci, że nie. Oni zaczynali tak samo jak my od samego początku, gdzie mało ludzi ich słuchało, ale za czasem coraz więcej osób się nimi interesowało, a ich występy trwały dużej. Weźmy sobie taką Taylor Swift na samym początku była tylko ona i jej talent, a później występowała na konkursach, festiwalach i została mega gwiazdą, która słynie z tego że często pisze teksty o swoich byłych. Chodzi mi o to że na samym początku nigdy nie będzie łatwo, ale czym dalej zajdziemy to będzie łatwiej. - zaczęłam bić brawa, kiedy blondyn skończył swoją pełną motywacji mowę. Zrobiłam głośne "Aww", gdy blondynka i blondyn się do siebie przytuliły.
-Myślisz o tym samym co ja? - Rydel zapytała brata, jak nadal się do siebie tulili. Rodzeństwo wymieniło między sobą iście wredne spojrzenie i rzucili się na mnie. Wszyscy wylądowaliśmy na łóżku, ja miałam takie szczęście że państwo Lynch wylądowali na mnie, nieco mnie przygniatając.
-Serio musieliście to zrobić!? - lekko się wkurzyłam, rozmasowując sobie obolałe miejsce. Co za banda idiotów? Ci nic nie odpowiedzieli tylko zaczęli mnie łaskotać. Krzyczałam i wiłam się na wszystkie strony, przez przypadek straciłam coś z szafki nocnej, nawet nie zdążyłam zobaczyć co to było, bo musiałam się bronić przed nimi. -Błagam przestańcie! Proszę! - krzyczałam śmiejąc się i broniąc.
-Ja myślisz Rydel darujemy Laurze? - chłopak na chwilę przerwał tortury.
-Ja nie wiem Ross, jakoś mnie nie przekonały te prośby. - dziewczyna podrapała się po karku.
-Błagam was! Zrobię wszytko, ale przestańcie!
-Ciągle się waham, a ty blondi? - Delly udała że się zastanawia.
Wykorzystując moment ich nieuwagi szybko zerwałam się z łóżka i pobiegłam do łazienki, gdzie się tam zamknęłam. Ross i Rydel byli tak zaskoczeni moją ucieczką, że nie zdążyli mnie zatrzymać, kiedy się otrząsnęli ja waśnie zamykałam drzwi do łazienki, wszystko działo się tak szybko.
-Laura weź otwórz! Nie wygłupiaj się! - blondyn próbował się dobić do środka. Oparłam się o zlew i czekałam na dalszy rozwój zdarzeń.
-Nie wydurniaj się! - do walenia w drzwi dołączyła się dziewczyna. Chciałam im odpowiedzieć że się nie wygłupiam, ale przez przypadek zwaliłam z umywalki perfum, który cały się po tłuk.
-Kurwa. - powiedziałam cicho i zaczęłam zbierać kawałki szkła z podłogi. Kurcze, to był jeden z moich ulubionych perfum i na dodatek był prawie cały pełen. Super teraz w łazience będzie intensywnie śmierdziało, będę musiała otworzyć okno.
-LAURA! CO SIĘ DZIEJE!? OTWIERAJ MI TE CHOLERNE DRZWI! OTWIERAJ JE! - Ross jak usłyszał że coś spadło, wpadł w jakiś szał. Walił i krzyczał w drzwi, jak tak zaraz dalej pójdzie to wyrwie te drzwi z zawiasów. Pewnie pomyślał że się na nich obraziłam i teraz będę chciała sobie coś zrobić albo że zasłabłam. Raz przy nim zakręciło mi się w głowie i straciłam przytomność na chwilę, po tym jak się ocknęłam Ross strasznie panikował i chciał mnie zawieść do szpitala, godzinne musiałam mu tłumaczyć że nic mi nie jest i czuje się lepiej. Zapatrzyłam się na kilka sekund na drzwi, gdzie było bardzo wyraźnie słychać lekko podenerwowany głos mojego chłopaka, źle chwyciłam jeden kawałek szkła co poskutkowało tym że się przecięłam. Szybko przyłożyłam palec do ust i lewą ręką skończyłam sprzątać.
-Laura wszystko okej? - z ledwością usłyszałam głos blondynki pod tym ciągłym walenie pięściami w drzwi przez chłopaka.
-KOCHANIE NIC CI NIE JEST!? OTWIERAJ TE JEBANE DRZWI, BO JE ZARAZ WYRWĘ! - w końcu nie wytrzymałam i otworzyłam drzwi. Czekoladowooki jak tylko mnie zobaczył, od razu przytulił się do mnie dusząc mnie przy tym. -Nie wiesz, jak się o ciebie bałem. - pocałował mnie w czubek głowy.
-Co to był za hałas? - zaciekawiła się moja przyjaciółka. Wskazałam na blondyna, a Delly od razu skapnęła się o co mi chodzi. -Ross puszczaj Laurę, bo ta nie może oddychać. - posłusznie wykonał polecenie siostry.
-Nic tylko perfum mi spadł i się rozbił. - machnęłam ręką.
-Ty krwawisz. - zauważył Ross podnosząc moją rękę żebym dokładnie to widziała.
-Jak tak waliłeś w te drzwi, to zapatrzyłam się na nie i się przecięłam.
Blondyn zaprowadził mnie do łazienki, gdzie odkręcił wodę i zaczął przemywać mi ranę, Rydel wysłał po apteczkę. Kiedy blondynka wróciła, opatrzył mi ranę i dał całusa w palec żeby nie bolało. Dokończyliśmy ozdabianie pokoju, podoba mi się jak to wszystko urządziliśmy, nie jest tych wszystkich ozdób za wiele, co daje harmonie pokojowi i nie kiczowaty wystrój.
-Co teraz będziemy robić? - zapytałam chowając karton, gdzie trzymałam tam wszystkie świąteczne duperele, na dolną półkę w szafie.
-Może upieczemy pierniki? - zawołała podekscytowana Rydel, wszyscy przystali na tą propozycje.

                                                                             ***  
Witajcie kochani! Przyznam się szczerze że rozdział chciałam dodać wczoraj z okazji urodzin Ross'a, ale przez cały dzień nie miałam czasu, a wieczorem byłam za bardzo zmęczona żeby coś napisać, lekko spóźniony ale jest. Widzimy się ostatni raz w tym roku, więc mam nadzieje że ten rozdział umili wam ostatnie chwilę roku 2016! Jeszcze raz bardzo chciałam podziękować Kathy Leonia za skomentowanie ostatniego rozdziału. Mam nadzieje że w nowym roku będzie więcej komentarzy pod rozdziałami, więcej czytających to opowiadanie. Rok temu obiecałam że postaram się dodawać częściej rozdziały w tym roku mam nadzieje że mi się to uda, ale z drugiej strony czym by było życie bez marzeń haha. Proszę bardzo o szczerą opinie tego co znajduje się wyżej, liczę na was. Chciałabym wam życzyć na nowy rok dużo szczęścia, spełnienia marzeń (moje aktualne jest pojechanie na koncert Shawn'a Mendesa w Polsce), zdrowia, mniej nerwów i żeby ten nowy rok był lepszy od tego. jeśli macie do mnie jakieś pytania to zapraszam na zakładkę pytania lub na mojego Twittera nazywam się Dziecko Nocy. Gdy będzie dużo komentarzy dodam szybko następny rozdział. Do zobaczenia niebawem.


wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 30

Zaskoczona Vanessa stała jak słup soli, gapiąc się na nas jak na nie normalnych. Chwilę zajęło jej ogarniecie tego wszystkiego, po czym rzuciła się na nas, mocno tuląc do siebie.
-Pamiętaliście!!! - krzyknęła odrywając się od nas. Dzisiaj przez cały dzień wszyscy udawaliśmy, że nie pamiętamy o jej urodzinach. Może z wyjątkiem Rocky'ego, który faktycznie zapomniał, a teraz udaje że też brał w tym udział. Razem z Rydel i Alexą mocno napracowałyśmy się wieszając te wszystkie ozdoby w kształcie pająków, nietoperzy itp najtrudniej chyba było ze sztuczną pajęczyna Delly cała się w nią zaplatała i my też pomagając jej się z stamtąd wydostać. Chłopacy przynieśli nam wszystkie kartony i pomagali w ustawianiu stolików, sami zajęli się sprzętem elektrycznym na którym kompletnie się nie znam. Ryland puścił nam kilka swoich remiksów, muszę przyznać że chłopak ma talent. Najmłodszy dawał jasne sygnały, że chce być didżejem, więc po długich męczarniach zgodziłyśmy się żeby obsługiwał ten sprzed. Jednak postawiłyśmy, że młody ma zakaz spożywania napojów wysoko procentowym, a jak złamie zasadę dzwonimy do rodziców i wypad z imprezy. Tak dobrze dogadywało nam się z Alexą, że pewnego dnia zaprosiłyśmy ją na piżama party. Długo nie zajęło żeby Van i blondynka się polubiły, przez cały ten wieczór żadna z nas nie puściła pary z ust. Słodko było patrzeć jak Riker ciężko pracował, żeby moja siostra miała jak on to powiedział "zajebiście odjechane przyjęcie". Fajnie było to że wszyscy pomagali, nawet Ellington. Niekiedy trudno było mi się skupić na pracy, bo Ross przytulał mnie od tyłu, ale wszystko ogarnęliśmy. Jestem dumna z tego co razem nam się udało stworzyć. 
-Oczywiście że pamiętaliśmy! Jakbyśmy mieli zapomnieć! Chodź, koniecznie musisz spróbować krwistego ponczu. - Delly porwała szczerzącą się Van w tłum ludzi, przepychając się i krzycząc "Z drogi ludzie idzie solenizantka!" 
-Wiedziałem że to jej się spodoba. - szepnął mi na ucho Riker, poczułam lekki zapach alkoholu. 
-Skąd taka pewność? - zapytałam odwracając się do niego, w ręku trzymał kubek z niebieską cieczą, nie trzeba się długo zastanawiać żeby zgadnąć że w środku znajdują się napoje wysoko procentowe. 
-Bo ten pomysł z przyjęciem był mój. - posłałam mu mordercze spojrzenie. 
-Nie zwracaj uwagi na tego kretyna. - Ross odciągnął mnie na bok. -To ty i Rydel to wszystko zorganizowałyście z małą pomocą nas. - uśmiechnął się nieśmiało. 
-Uroczo wyglądasz jak się uśmiechasz. - musnęłam mu palcem nos.
-Nie jestem uroczy. - od razu zaprzeczył.
-A właśnie ze jesteś. - zawiesiłam mu ręce na szyje. 
-Jestem Jeffrey Dahmer, uwierz mi, nie jestem uroczy. - nawiązywało to do jego kostiumu na Halloween. Nie pytajcie mnie dlaczego się za to przebrał, bo nie mam bladego pojęcia. Raz jak nudziło mi się u niego w pokoju, to czytałam poklei tytuły okładek książek i natrafiłam na "My Friend Dahmer", podejrzewam że głównie tak historia opisana w książce go natchnęła. -Nie co ty kotku. - mruknął mi do ucha i klepnął w tyłek. 
Ja postanowiłam się przebrać za Kobietę Kot, która była seksowna i niegrzeczna. Mój struj składa się z czarnego kombinezonu z długimi rękawami i nogawkami, na rękach i nogach były dziury jakby ktoś przejechał pazurami po nich, a z tyłu był doczepiony ogon. Kombinezon miał mocno wycięty dekolt z przodu, tak że odsłaniały mi połowę piersi, na nogach miałam czarne kozaki na korku, a do tego wszystkiego maskę na twarzy i bicz w ręce. Lekko postawiłam swoje włosy i zrobiłam loki, usta pomalowałam czerwoną szminką, a oczy podkreśliłam tuszem do rzęs, eyelinerem i lekkim brązowym cieniem. Musiałam podnieść brodę Ross'a do góry, bo miałam wrażenie że zaraz zacznie się ślinić na widok mojego dekoltu.
-Oj Lauruś, zaczynam żałować że nie przebrałem się za Batmana. - jego palce zaczęły zjeżdżać w dół z moich obojczyków, chyba nie muszę tłumaczyć gdzie zmierzały.
- Z tego co pamiętam pannie Dahmer lubujesz się w przeciwnej płci od mojej. - zatrzymałam jego palec. 
-Ty tak na serio? - zapytał, a ja od niego się odepchnęłam specjalnie kołysząc bioderkami, wiedząc że wywołam u niego szał. Kontem oka widziałam, że rusza za mną. Podeszłam do Rocky'ego i Ella rozmawiających i jedzących ciastka Halloweenowe. 
-Jak tam chłopaki? - chwyciłam do ręki plastikowy kubek i nalałam sobie ponchu.
-Doskonale! Koniecznie musisz spróbować tych ciastek. - nie czekając na odpowiedz Rocky wepchnął mi ciastko do gardła. 
-Co tam knujecie? - podszedł do nas Ross, chwytając kilka ciastek na raz i wpychając sobie je do buzi. Ellington przebrał się za jakąś postać z filmu, a Rocky przebrał się za kowboja. Jakiś koleś idąc przed siebie potknął się o stopę Ella i wylał czerwony aromat na kostium Ross'a.
-Wybacz stary, nie chciałem. - zaczął przepraszać, blondyn podniósł rękę żeby przestał mówić.
-Spoko nic się nie stało. Nie ma problemu. - uradowany chłopak poszedł przed siebie jeszcze raz przepraszając poszkodowanego.
-Chyba nie pójdzie tego wyczyścić. - stwierdziłam dotykając tego czegoś.
-W takim razie lecę do domu zmienić kostium. Szykuj się na Batmana. - to ostatnie szepnął mi do ucha i uszczypnął mój tyłek. Przewróciłam oczami i odwróciła się to fontanny z czekolady, muszę przyznać że ten pomysł z fontanną Ellington'a był genialny. Po jakimś czasie dziewczyny się do mnie dołączyły, Alexa była mocno szokowana że Rocky i Rydel są w jakiś sposób spokrewnieni. W skrócie opowiedziała nam historię, jak się poznali. 
-Nie wieże że ta marna imitacja mężczyzny jest na imprezie i że pomagałam po części przy przygotowaniach przy jego urodzinach. - blondynka załamanie pokręciła głową, na początku jak narzekała na szatyna to słuchałam, a teraz tylko przytakuje głową, kompletnie nie zwracając uwagi co do mnie mówi. 
-Za co jesteśmy ci dozgonnie wdzięczne. - Delly przytuliła ją mocno. 
-Weź nie zwracaj na niego uwagi, zajmij się zabawą i posłuchaj kawałków puszczanych przez Ryland'a Lyncha przyszłą legendę konsoli. - poradziłam jej. Poczułam jak ktoś obejmuje mnie od tyłu, szybko odwróciłam głowę w stronę tego kogoś, poczułam ulgę jak okazało się, że to tylko Vanessa. 
-Dziewczyny dzięki, że to wszystko przygotowałyście! - rzuciła się na nas trzy, dusząc w uścisku, nie spodziewałam się że moja siostra ma tyle siły w sobie. Postanowiłam zakończyć te przytulasy, zanim Van zamiast świętować swój dzień, będzie siedziała w więzieniu za uderzenie takich trzech. Przez ten cały dzień nie miałam czasu na dokładne przyjrzenie się strojów dziewczyn. Vanessa przebrała się za wampira, w tym stroju wyglądała naprawdę dobrze. Miała na sobie koronkową czarną sukienkę, która sięgała jej do kolan, na nogach miała założone wysokie szpilki, a jej szyję zrobił piękny naszyjnik z serduszkiem. Jeśli dobrze mi się zdaje to zanim weszła do klubu nie miała go na sobie, mam pewne podejrzenia skąd on się tam znalazł. Ale wracając, włosy miała wyprostowane, a na ustach aksamitne czerwoną pomadkę, cienie powiek idealnie pasowały do stroju. Za to Rydel zdecydowała się na strój kelnerki, ale po czasie stwierdziła że to nudne, wiec teraz jest Zombie kelnerką. Ubrała biało czarną sukienkę, włosy upięła w wysoki kucyk, na kościach pocztowych narysowałam sobie serduszko, oczywiście widoczne miejscach skóry były koloru gnijącej zieleni, tak jak u Zombie. A Alexa zdecydowała się przebrać za Harley Quinn z filmu "Legion samobójców", miał nawet kij bejsbolowy, którym chciała uderzyć Rocky'ego, bo ten prawie wszedł jej do toalety, długa historia opowiem innym razem. Chwilę jeszcze stałyśmy i rozmawialiśmy, a później poszłyśmy tańczyć. Świetnie się bawiłam razem z dziewczynami, raz do tańca zaprosił mnie pewien chłopak, którego imienia nie znam. Po wspólnie przetańczonym kawałku ładnie podziękował i poszedł na dalsze połowy.  Wspomniał coś że ma zamiar zatańczyć ze wszystkimi dziewczynami na imprezie. 
-Widzisz tego chłopaka w kostiumie wilkołaka? - podeszłam do Alexy i wskazałam na czarnowłosego chłopaka. Stał on od nas jakieś pięć metrów i po chwilę spoglądał na Alexę. Dziewczyna na znak zrozumienia przytaknęła głową. - Zaraz wywierci dziurę w tobie tym swoim wzrokiem. 
-Skąd te przypuszczenia? - lekko skrępowana blondynka odwróciła szybko głowę, kiedy jej i jego spojrzenie się skrzyżowało. 
-On pożera Cię wzrokiem, weź idź zagadaj do niego, przecież widzę jak się zaczerwieniłaś jak spojrzał na ciebie. 
-Masz rację zagadam do niego. - powiedziała pewnie i podeszła do niego. Chwilę przyglądałam się jak razem rozmawiali. 
-Zawsze dobrze doradzi. - usłyszałam za sobą głos pewnego blondyna, odwróciłam się w jego stronę. 
-Nie zawsze. - zaprzeczyłam przyglądając się jego nowemu kostiumu, w którym wyglądał zabójczo. 
-Dla mnie zawsze. - uśmiechnął się do mnie szeroko i przytulił na przywitanie. 
-Skąd w tak krótkim czasie udało ci się zdobyć kostium? - zapytałam patrząc w jego oczy. 
-To jest moja mała tajemnica. - szepnął mi do ucha. -Chodź tańczyć. 
Pociągnął mnie na parkiet, gdzie obydwoje daliśmy się ponieść muzyce. Świetnie się razem bawiliśmy, koło 22 wszyscy zaśpiewaliśmy Van "Happy Birthday" po czym R5 zagrało kilka swoich kawałków jaki i kilka coverów. Rocky nie mógł się doczekać północy, bo wtedy to on przejmuje tą imprezę, niestety miało to zostać w tajemnicy, ale Ellington nie umie trzymać języka za zębami. Cud że nie udało mu się niczego powiedzieć o imprezie. Chwilę przed północą połowa gości była zalana w trzy dupy i razem z Ross'em musieliśmy niektórych wyprowadzić z imprezy i zadzwonić po taksówkę, bo nie byli w stanie zrobić tego sami. W tym całym chaosie nie mogłam nigdzie znaleźć Rydel, przechodząc koło toalety moją uwagę przykuł Riker całujący szyję Vanessy. Szybko poszłam przed siebie, próbując wymazać obraz brata mojego chłopaka całującego szyję mojej siostry. W duchu dziękowałam że nie robili niczego innego, tego widoku chyba bym nie zniosła. Widać że są dosyć mocno wstawieni, dlatego jutro muszę poważnie porozmawiać Nessą i dowiedzieć się ile będzie pamiętać z dzisiaj. W końcu po długich poszukiwaniach blondynki znalazłam ją, stała koło baru rozmawiając z kilkoma nie znanymi mi osobami. Podeszłam nieśmiało do nich i słuchałam o czy rozmawiali. Po dłuższej chwili stwierdziłam że to jest bez sensu, bo i tak nie wiem o kim oni rozmawiali, a niegrzecznie byłoby im się wtrącać, więc postanowiłam się ewakuować niezauważalnie. W tym samy czasie co ja zrobiłam krok do tyłu, Rydel odwróciła się do mnie i szeroko uśmiechnęła.
-Hej Laura, chodź do nas. Koniecznie muszę cię przedstawić. - pociągnęła mnie do siebie, przez co wylądowałam w środku kręgu wzajemnej adoracji. Po prostu super. Uśmiechnęłam się do nich nie śmiało, żeby nie pomyśleli sobie że ich nie lubię.
-Oj koniecznie musisz nam sobie przedstawić. - powiedział jakiś chłopak przebrany za śmierć. Lekko skrępowana zakryłam dekolt rękami, bo nowo poznany nie znajomy właśnie tam się gapił.
-Daj spokój Luke. - westchnęła jakaś dziewczyna.
-Ten koleś przebrany za śmierć to Luke, ta dziewczyna w czerwonych włosach to Ashley - wskazała na tą co westchnęła. - To jest Danni, a to Peyton. - wszyscy wymieniliśmy się uściskiem dłoni.
-A to jest Laura. Dziewczyna Ross'a. - dodała blondynka. Widać było że owe towarzystwo było tym faktem zaskoczone, a ten cały Luke był trochę zawiedziony tą informacją. Ale jak szybko się to zawiedzenie pojawiło, tak szybko zniknęło, na jego twarzy pojawił szeroki uśmiech.
-Nasz Ross ma dziewczynę. I to taką. Muszę mu osobiście pogratulować. - w tłumie ludzi kogoś wypatrzył i poszedł po tego kogoś. Okazało się że to Ross.
-Dlaczego stary się nie pochwaliłeś że kogoś masz? Własnym kolegą nie powiesz? - odezwał się ten Peyton.
-Tak wyszło. - blondyn mnie objął i pocałował w czubek głowy.
-Aww jak słodko razem wyglądacie. - powiedziała to Danni, no raczej tak miała na imię, na pewno miała tak na imię. Chciałam już jej podziękować, ale kiedy otworzyłam usta żeby coś powiedzieć usłyszałam za sobą głos Rocky'ego, który mówił do mikrofonu, a w wolnej ręce trzymał butelkę Jack'a Daniels'a na pół wypitą.
-Jak się bawicie ludzie!? - wszyscy się wydarli. -Jest już pięć po północy i to teraz ja przejmuję tą imprezę. Dawaj Ryland muzę na maksa.
Młodszy Lynch włączył jakiś kawałek, a szatyn pociągnął sporego łyka whiskey. Kiedy zrzucił pustą butelkę na ziemię, zaczął powoli rozpinać guziki swojej koszuli lekko kręcąc biodrami do przodu. Jakaś grupka dziewczyn zaczęła piszczeć z zachwytu i podbiegła bliżej, żeby lepiej móc się przypatrzeć widowisku. Gdy koszula znalazła się na ziemi, chłopak zaczął majstrować coś przy swoim pasie kowbojskim, a potem przy rozporku.
-Święty Jezus. - Ross zakrył buzie z przerażenia, a później przypomniał sobie że ja to wszystko oglądam, więc zakrył mi ręką oczy przyciągając mnie bliżej siebie. Mogłam rozkoszować się cudownym zapachem chłopak i schować twarz w zagłębieniu jego szyi. -Nie patrz na to kochanie.
-Musimy go jak najszybciej z stamtąd zdjąć, zanim wszyscy zobaczą jego goły tyłek! - krzyknęła przerażona Rydel. -Gdzie jest Ratliff!?
-Rydel...
-Co Ross?
-Nie chcę cię martwić, ale spójrz tam. - obróciłam głowę w stronę miejsca gdzie blondyn wskazywał. Mi i Rydel opadła szczena, a Ross bezradnie podrapał się po czubku głowy. Panicznie zaczęliśmy iść w stronę sceny, gdzie Ellington i Rocky dawali pokaz swoich umiejętności tanecznych. Dzieliły nas od nich sekundy, gdyż byli oni w samych bokserkach i szykowali się do pozbycia ostatniej niepotrzebnej części garderoby. Na szczęście zdążyliśmy w ostatniej chwili ich powstrzymać, Rocky'emu udało się pokazać pół dupy, ale Ross szybko do niego podbieg wciągając wyżej bokserki. Pozbieraliśmy ich rzeczy z sceny i wysłaliśmy do łazienki żeby się ubrali, dla pewności że nic głupiego nie zrobią poszedł z nimi Riker. Poza tym małym incydentem reszta imprezy upłynęła spokojnie. Z nas wszystkich Ryland był najbardziej trzeźwy, bo nie pił nić prócz samej pepsi, tak jak mu kazałyśmy. Ja wypiłam jednego drinka, Ross dwa, a reszta w miarę sobie radziła. W najgorszym stanie byli nasi tancerze, ale nie było tak wielkiej tragedii że sami nie mogli chodzić. Na następny dzień jak wszyscy się ogarnęliśmy poszliśmy posprzątać po imprezie. Jak opuszczaliśmy lokal nie wydawało się to takie straszne, jak teraz. Wszędzie walały się śmieci i resztki nie dojedzonego jedzenia. Cały dzień zajęło nam ogarnięcie tego wszystkiego.  

                                                                        ***
Witajcie kochani! Przepraszam was że tyle musieliście czekać na rozdział i dostaliście w zamian coś tak krótkiego. Ale wczoraj stwierdziłam, że z okazji urodzin Laury wstawię nowy rozdział. Swoją drogą życzę wszystkiego najlepszego Laurze dużo zdrowia, szczęścia, powodzenia w karierze, spełnienia marzeń i żeby zaczęła spotykać się z Ross'em (musiałam xd). Powiem wam że ilość komentarzy pod ostatnim rozdziałem była fenomenalna i bardzo motywująca, takie równe zero bardzo wiele daje do myślenia. Smutno mi że coraz mniej osób nie czyta na blogerze i nie czyta opowiadania o Raurze, wiele osób uważa że Raura nigdy nie będzie razem, ale ja uważam że życie pisze różne scenariusze i nigdy nic nie wiadomo. Ja polubiłam czytanie dzięki fanfiction o Raurze i nie zamierzam przestać ich czytać, chodź muszę przyznać że już z tak mocnym zapałem ich nie czytam. Do zobaczenia. Miłego wieczoru.