niedziela, 9 kwietnia 2017

Rozdział 34

Rano razem z Vanessą postanowiłyśmy obudzić tatę, zakradłyśmy się do jego pokoju, kiedy spał z Alice i licząc do trzech skoczyłyśmy na ich łóżko. W pierwszej chwili obydwoje nie wiedzieli o co chodzi, tata powiedział że mamy z niego złazić, bo jesteśmy za wielkie żeby na nim siadać i że parę lat temu takie coś by przeszło, ale nie teraz. Vanessa i Alice zaproponowały że zrobią śniadanie, tata powiedział że im pomoże, ja chwilę zostałam u nich w pokoju. Przechodząc korytarzem usłyszałam jak ktoś wymiotuje w łazience, zapukałam delikatnie w drzwi.
-Czy wszystko w porządku? - po chwili drzwi się otworzyły, a w progu pojawiła się blada ciocia Kristen.
-Tak kochanie, nic mi nie jest. - uśmiechnęła się słabo.
-Aby na pewno? Słyszałam jak wymiotujesz. - kobieta lekceważąco machnęła ręką.
-To nic poważnego. Wierz mi, to nic groźnego.
-Załóżmy że ci wierzę. Jednak odnoszę wrażenie, że coś przed nami ukrywasz.
-Po prostu muszę yyy nieważne. Wszystko w porządku, nie masz się czym martwić. Gdzie Raphael i Alice?
-Poszli zrobić śniadanie.
-W takim razie chodź zrobimy herbatę. -  ciocia objęła mnie ramieniem, razem zeszłyśmy na dół, gdzie byli wszyscy. Nie chciałam być nachalna i dopytywać się o stan zdrowia Kristen, bo nie miało to najmniejszego sensu i tak nic by mi nie powiedziała, więc starałam się udawać że nic się nie stało. Postanowiłam jednak, że będę miała oko na tę kobietę, tak na wszelki wypadek. Wkurzam nie że oni wszyscy mają jakieś tajemnice, o których nie chcą mi powiedzieć, traktują mnie jak jakiegoś smarkacza, przecież data urodzenia na moim dowodzie mówi że jestem już dorosła, a moje poglądy też o tym świadczą. W nocy jak się przebudziłam słyszałam jak tata, Kristen i Robert znowu poruszali temat Bonnie, próbowałam wychwycić jakieś nowe informacje, ale oni nie powiedzieli nic czego już nie wiemy. Napisałam do Ross czy pomoże mi dowiedzieć się czegoś nowego jak wrócimy, rano odpisał że jasne i że zamierza nie zabrać na najlepszą gorącą czekoladę w mieście. Po śniadaniu wszyscy ostro wzięliśmy się za pracę, żeby na wieczorną wigilie  (postanowiłam że w opowiadaniu bohaterowie będą spędzać wigilie jak w Polsce ~ aut.) wszystko było idealnie. Vanessa i Alice sprzątały dom, wuja Robert zajął się rybami, ciocia Kristen zajęła się dekorowaniem stołu wiecie talerzyki, obrusek, sianko, świeczki itp, tata natomiast zabrał się za pieczenie pierników za które można zabić. Poważnie, on robi najlepsze pierniki na świecie, mówił że kiedyś na studiach dorabiał sobie dorywczo w małej cukierni za rogiem i ten właściciel bardzo dużo go nauczył jeśli chodzi o wypieki. Niestety zmarł zanim urodziła się Nessa, rodzice zawsze mówili że jak pan Peeta piekł ciasto to nikt nie mógł mu dorównać, podobno bardzo dużo serca wkładał w to co robił, dlatego były one takie dobre. Kiedyś powiedział "Pamiętaj żeby zawsze wkładać pełne serce w to co się robi, bo wtedy to ma sens. A jeśli to kochasz, to nie pozwól żeby kawałek ciebie uleciało, pielęgnuj to i daj się rozwijać. A uwierz mi, praca stanie się czystą przyjemnością". Ja natomiast musiałam przystroić zimowe drzewko, poukładać prezenty pod nim, nie zerkając do środka, a na koniec musiałam iść odgarnąć śnieg z podjazdu i chodnika. Przemilczmy ten fakt, że w domu są dwóch mężczyzn, a baba musi odśnieżać. Ubrałam się dosyć ciepło, wzięłam telefon i słuchawki, i poszłam do garażu po łopatę. Nawet sprawnie mi szło odśnieżanie z dobrą muzyką, ale ciągle miałam wrażenie że ktoś mnie obserwuje, na chwilę zdjęłam słuchawki i rozejrzałam się dokoła, kiedy chciałam wrócić już do pracy zauważyłam jak coś poruszyło się w krzakach po drugiej stronie drogi. Mocniej zacisnęłam łopatę i wolnym krokiem ruszyłam w stronę drogi, serce waliło mi jak młot, kiedy miałam już przechodzić przez jezdnie poczułam czyiś dotyk:
-Laura! Co ty robisz? - aż podskoczyłam ze strachu i pisnęłam, gdy wuja Robert obrócił mnie do siebie.
-Ale mnie wystraszyłeś. - chwyciłam się za miejsce gdzie znajduję się serce.
-Co ty jesteś taka strachliwa? - zaśmiał się, ale widząc moją minę natychmiast spowarzniał. -O co chodzi?
-Tam ktoś chyba jest i mnie obserwuję. - wskazałam na krzaki.
-Zostań tutaj, ja pójdę to sprawić. - wuja szybko przebiegł przez jezdnię, nikogo nie  było, ale świerze ślady od butów i szalik zaplątany w krzaki, mówiły wyraźnie że ktoś tu przed chwilą był. Mężczyzna zaproponował, że mi pomoże, wolał być przy mnie na wszelki wypadek, gdyby ta osoba wróciła i chciałaby coś mi zrobić. Dosyć sprawnie nam poszło odśnieżanie, głównie dla tego że naprawdę mały kawałek nam został. W domu poszłam się przebrać, bo moje ubrania były przemoczone od śniegu.
*Oczami Ross'a*
Razem z Laurą umówiłem się że przyjdę po nią do domu, a później pójdziemy na najlepszą gorąca czekoladę na świecie. Przejrzałem się ostatni raz w lustrze i wyszedłem z łazienki, po drodze minąłem Rydel szczerzącą się do telefony, po jej minie wnioskuje że czyta jakieś fanfiction. Ostatnio ona i Laura mają bzika na ich punkcie, tydzień temu musiałem słuchać przez dwie godziny jak moja ukochana opowiada mi o swoim ulubionym fanficku, żeby wiedzieć o czym rozmawiają te dwie, też go przeczytałem. Muszę przyznać że ta historia o Niallu Horanie w "Teenage Dirtbag" jest naprawdę dobra, oczywiście dziewczyny uważają że jest boska, genialna i wspaniała. Kiedyś oszaleję przez te kobiety, jak już tego nie zrobiłem. Wziąłem ze stolika kluczyki od samochodu, o które wcześniej musiałem błagać tatę, skończyło się na odśnieżaniu podjazdu, ale warto było.
-Wychodzę! - krzyknąłem do domowników. 
-Co mnie to obchodzi! - usłyszałem jak Rocky krzyczy, kiedy zamykałem drzwi. Miałem ochotę coś mu powiedzieć, ale postanowiłem być tym mądrzejszym. Przekręciłem kluczyki w stacyjce i ruszyłem, cała droga minęła mi dosyć miło. Zaparkowałem auto przed domem państwa Swan, zadzwoniłem dzwonkiem, długo nie musiałem czekać aż otworzy mi: 
-Och. - powiedziałem na widok pan Marano. Tata Laury przeleciał mnie wzrokiem (głupio to brzmi, ale niech już tak zostanie ~ aut.) od góry do dołu. -Dzień dobry panu. 
-Witaj młody człowieku, który jesteś w związku z moją najmłodszą córeczką. - otworzył szerzej drzwi i gestem zapraszającym do środka zaprowadził do salonu. Kurtkę i buty zostawiłem na korytarzy, trochę skrępowany usiadłem na kanapie w salonie. 
-Laura przyszedł ten twój Ross! - mężczyzna zawołał brunetkę z salonu, muszę przyznać że ma bardzo donośny głos. 
-Chwilę, daj mi pięć minut. - odkrzyknęła dziewczyna. 
-Kobiety. - zaśmiał się i usiadł niedaleko mnie. -A wiec nazywasz się Ross? 
-Tak, Ross Lynch proszę pana. 
-To naprawdę fajnie. - chwilę trwaliśmy w niezręcznej ciszy, zarówno mi i jak panu Marano było nieswojo, każdy z nas nie wiedział jak zacząć rozmowę. -Pozwolisz że zajmę się tym co robiłem wcześniej zanim przyszedłeś.
-Oczywiście, nie ma sprawy. A czym pan się... - przerwałem widząc, jak zaczyna czyścić szmatką pistolet. Zrobiłem wielkie oczy, z przerażeniem spojrzałem na ojca moje dziewczyny.
-Pochodzę z New Jersey, gdzie przez rok pracowałem w policji stąd mam pozwolenie na broń. - wyjaśnił widząc mój przerażony wzrok. 
-To świetnie. - moja pewność siebie nie jest już taka duża, jak zanim tu przyszedłem, prawda jest taka że teraz jej w ogóle nie ma. 
-Nie musisz się bać, nic ci nie zrobię. Chyba że skrzywdzisz moja córeczkę lub złamiesz jej serce, to wtedy nie będę miał wyjścia, będę musiał to zrobić. A uwierz mi, wydajesz się być dobrze wychowanym chłopakiem i z jakiegoś powodu Laura cię pokochała, dlatego rób wszystko żeby ja nie musiał robić coś tobie. A teraz dla pewności wyjaśnimy sobie parę spraw, ma wrócić przed zmrokiem i ani jednej minuty dłużej, jak kiedyś będzie płakać masz robić wszystko żeby tego więcej nie robiła, ma być cholernie szczęśliwa, jak będzie miała jakiś problem nie odwracaj się od niej, jak powie nie to znaczy nie i nie naciskaj na nią, a i traktuj ją jak największy skarb chodzący na tej planecie. Jej mama była dla mnie wszystkim, a ona mi tak bardzo ją przypomina, nie przeżyje jak stracę ją lub Vanessę. Dlatego chcę mieć pewność że w dobre ręce ją oddaje. - zaprzestał czyszczenia i spojrzał na mnie poważnie. 
-Niech mi pan uwierzy, w lepsze ręce niż moje pańska córka nie mogła trafić. Zrobię dla niej wszystko, nawet jakby konsekwencje tego były ogromne. - po moich słowach widać było, że poczuł ulgę. 
-Cieszę się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. 
Przez następne kila minut rozmawiało się nam dużo lepiej niż na początku, pan Raphael wydaje się być wspaniałym człowiekiem i wyraźnie wyluzował się. 
-Już jestem. - do salonu wpadła Laura. -To my będziemy już się zbierać. - brunetka chwyciła moją rękę i pociągnęła w stronę wyjścia, cudem udało mi się powiedzieć "Do widzenia". Szybko się ubraliśmy, w samochodzie rzuciliśmy się na siebie, całowaliśmy się dość namiętnie. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że jeszcze dzisiaj jej nie całowałem. 
-Wiedziałam, że jak dłużej posiedzę w pokoju to ty i tata odnajdziecie wspólny język. - powiedziała blisko moich ust, po czym dała przelotnego buziaka. 
-Więc mówisz, że to było specjalnie? - co jakiś czas dawałem jej całusa w usta.
-Ups. - wzruszyła bezradnie ramieniem. 
-Ty zła kobieto. - westchnąłem odpalając silnik samochodu. 
-Ej!
-Zapnij pasy złotko. - zrobiła to, o co ja poprosiłem.
*Oczami Laury*
Ross odwiózł mnie do domu przed osiemnastą, umówiliśmy się że ja, Vanessa i Lynchowie idziemy wspólnie na pasterkę. Wszystko na kolacje jest już gotowe, pierwsza gwiazdka pojawiła się za dziesięć dziewiętnasta, po podzieleniu się wspólnie opłatkiem i złożeniu sobie życzeń, każdy zajął miejsce przy stole. Panowała naprawdę miła atmosfera, nagle ciocia Kristen wstała i poprosiła wszystkich o uwagę, wszelkie rozmowy umilkły. 
-Chciałam powiedzieć, że bardzo się cieszę że wszyscy jesteśmy tutaj razem, to jest niesamowite że możemy razem spędzać ten wspaniały okres Bożonarodzeniowy, nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo się ciesze że jestem tutaj z osobami, które kocham. Bardzo starałam się żeby te święta były idealne, mam nadzieje że dla was są tak jak dla mnie. Muszę wam coś bardzo ważnego ogłosić. 
-Zaczynam się niepokoić siostro. - tata zaśmiał się, ciocia spiorunowała go wzrokiem za to że jej przerwał i dalej kontynuowała.
-Jestem w ciąży! 
Wszystkich przy stole zatkało, najbardziej zaszokowaną osobą był wuja Robert, który nie mógł uwierzyć że będzie ojcem. Kiedy wszyscy przetrawili tę informacje zerwali się z miejsca i zaczęli gratulować i przytulać przyszłych rodziców. Najbardziej cieszył się Rober, wyglądał jakby zaraz miał rozpłakać się ze szczęścia ciągle przytulał i całował ciocie. 
-Będziemy mieli dziecko! Będę ojcem! Cholera! Będę ojcem! 
-Nawet nie wiesz jak się ciesze ciociu. - przytuliła mocno ciocie, ale szybko przestałam bojąc się że zrobię coś dziecku w brzuchu. Wszystko stało się jasne skąd u cioci te ciągłe wymioty. Dowiedzieliśmy się że to trzeci miesiąc, wuja zdał sobie sprawę że do poczęcia doszło w rocznice ich ślubu, ten fakt oczywiście wszystkich rozbawił. Wiem, że Kristen i Rober będą dobrymi rodzicami. 

                                                                           ***
Witajcie kochani! Pisanie tego rozdziału trochę czasu mi zajęło, ale tak mi się nie chciało i większość dzisiaj napisałam. Zajęło mi to przesłuchanie całego albumu Shawn'a Mendesa "Handwritten", nową piosenkę Harry'ego Styles, kilka piosenek R5, Little Mix ft. Machine Gun Kelly, Machine Gun Kelly ft. Camila Cabello i Niall Horan "This Town" i teraz Steve Aoki & Louis Tomlinson "Just Hold On". Chciałam pozdrowić Ade, która przejrzała moje plany z ciążą Kristen haha. Za chwile będą święta to może znajdę trochę czasu żeby coś tu dodać.Dziękuje za skomentowanie poprzedniego rozdziału Honey, Anonimowi i Ada. Do zobaczenia.  


sobota, 11 marca 2017

Rozdział 33

-Dasz radę Laura! - Ross któryś raz z kolejki to krzyczał, starał się mnie zmotywować.
-Ja nigdzie stąd się nie ruszam. - objęłam mocniej drzewo, on i cała reszta byli na dole góry, a ja na samym szczycie. Od jakiś dwóch dni jesteśmy w Kolorado, Vanessa i Lynchowie zaproponowali żebyśmy pojeździli dzisiaj sobie na deskach. Zawsze jeździłam na nartach, nigdy wcześniej nie na desce. Przez pół dnia uczyłam się jak jeździć na tym cholerstwie, a kiedy szło mi nawet dobrze Rydel zaproponowała żebyśmy pozjeżdżali z góry. Myślałam że dam radę, ale gdy spojrzałam w dół moja cała pewność uciekła szybciej niż dziewczyny z pokoju Rocky'ego. Jak pomyślę sobie że to właśnie przez niego jestem skazana na deskę, to gotuję się we mnie. Idiota serio musiał połamać moje narty na pół!? Ale nie ważne, teraz liczy się to jak zjechać do przyjaciół i nie zginąć.
-Weź nie przesadzaj! Wcale nic ci się nie stanie!
-Skąd masz tą pewność Rydel? - zazwyczaj ufałam jej i wierzyłam, ale jakoś w tej chwili nie za bardzo.
-Siostra ogarnij się, bo przynosisz wstyd rodzinnie. - nawet z tej wysokości dobrze widziałam, że brunetka opiera się o ramię Riker'a. Zacisnęłam zęby i jeszcze raz powoli spojrzałam na dół. W głowie cały czas powtarzałam sobie "dam radę", wzięłam głęboki wdech, poprawiłam czapkę i puściłam się drzewa.
-Zuch dziewczynka! - mój blondasek oczywiście musiał jakoś skomentować moje zachowanie. W myślach policzyłam do trzech, raz kozia śmierć i zjechałam. Słyszałam jak wszyscy krzyczą:
-Jedź prosto!
-Wyprostuj się!
-Weź ręce z oczu!
-Uważaj! Tam jest drzewo!
-Skręć lekko w prawo!
Przez ich wszystkie krzyki coraz bardziej się denerwowałam, cudem udało mi się nie wjechać w jakieś dziecko, ale na szczęście tata tego dzieciaka skapnął się że nie umiem jeździć i w ostatniej chwili przyciągnął go do siebie.
-Laura a teraz musisz ostrożnie... - niestety Ross nie dokończył, bo wjechałam w niego. Jęknęłam z bólu i po dwóch minutach leżenia, powoli podniosłam się do pozycji siedzącej. Zauważyłam że wszyscy się na nas patrzą, ale głównie na blondyna, który leżał pode mną trzymając się za krocze, a z jego oczu płynęły łzy. Szybko zeszłam z niego, delikatnie dotknęłam jego ramienia.
-Misiu wszystko w porządku? - zdawałam sobie sprawę z głupoty mojego pytania, ale za bardzo nie wiedziałam co mu powiedzieć.
-Laska walnęłaś go konkretnie w jaja, oczywiście że nie jest okej.
-Zamilcz Rocky. - Vanessa posłała mu jedno z jej morderczych spojrzeń.
-Ross mocno boli? - Delly przykucnęła koło brata, a mi zrobiło się naprawdę głupio, że z mojego powodu cierpi. Zgarnęła z jego twarzy płatki śniegu, które leciutko latały wokół nas.
-Nie. - serce mi zamarło jak usłyszałam jego głos, było słychać w nim ból i to że cierpi.
-Ross nawet nie wiesz jak jest mi przykro, naprawdę bardzo, bardzo mocno cię przepraszam. - łza spłynęła po moim policzku, nie dosyć że było mi cholernie głupio że staranowałam swojego chłopaka to jeszcze przez ten przeklęty mróz oczy mi teraz łzawią.
-Nie płacz z mojego powodu. - dlaczego on zawszę się martwi o mnie, a nie o siebie? To sprawia że jeszcze bardziej go kocham i wiem że on kocha mnie.
-To przez mróz. - wyjaśniłam uśmiechając się. -Chcesz już wracać?
-Tak, ale potrzebuje jeszcze chwili.
Poczekaliśmy jakieś pięć minut jak chłopak podniesie się z ziemi i ruszyliśmy do domu. Ryland i Riker podtrzymywali go żeby nie upadł. Po przekroczeniu progu chatki poszłam przyrządzić dla wszystkich kakao, chłopacy położyli poszkodowanego na kanapie. Państwo Lynch razem z wujem pojechali zjeżdżać na inny stogi niż my, bo jak to Robert powiedział nie zamierza się do nas przyznawać i za nasze zachowanie wstydzić. Ciocia Kristen nie pojechała z nimi, ostatnio dosyć dziwne się zachowuję jest jakaś nieobecna. Wzięłam tackę z kubkami i dołączyłam do reszty. 
-Hej, co to za krzyki? - zapytałam rozdając każdemu kakao.
-Chłopacy chcą oglądać "Wakacje z cheerleaderkami"...
-To jest naprawdę dobry film. - przerwał Van Riker.
-Ale zważywszy na to że jutro jest wigilia, nie uważacie że dobrze by było obejrzeć coś świątecznego? Ostatnio na YouTube widziałam zwiastun filmu "Cztery gwiazdki" jest to komedia, romans i dramat, wydaje się naprawdę ciekawy. Co wy na to? - entuzjazm w głosie Delly był zaraźliwy.
-Jestem za tym. - zgodziłam się z przyjaciółką.
-A ja nie. - odezwał się Ryland wkładając telefon z przypiętymi słuchawkami do kieszeni.
-Chłopaki no weźcie. Jutro jest wigilia, a wy chcecie jakieś dupy oglądać, które możecie zawsze kiedy indziej sobie włączyć i nas nie musi przy tym być.
-Rydel co ci przeszkadza żeby oglądać film nie związany ze świętami? - zapytał Rocky, które na dobrą sprawę miał wyjebane co będziemy oglądać.
-W takim razie oglądamy film o jakiś przystojniakach na plaży, którzy nie mają koszulek, a ich sześciopak idealnie komponuje się z morzem i piaskiem. Zaraz sprawdzę co wujek Google poleca. - Nessa wyciągnęła telefon z kieszeni, gdy odblokowała go, Ryland machnął ręką i powiedział:
-Nie będziemy tego oglądać. Jak nazywał się ten film "Cztery gwiazdki"? - najmłodszy z nas podszedł do laptopa podłączonego do telewizji i zaczął wpisywać tytuł filmu. Razem z dziewczynami uśmiechnęłyśmy się zwycięsko i przybyliśmy sobie piątkę tak żeby chłopacy nie widzieli. Każdy z nas zajął miejsce, ja usiadłam koło Ross'a, Vanessa i Rydel usiadły koło Riker'a, Ryland zajął miejsce na fotelu, a Rocky wybrał podłogę. Położyłam głowę na ramieniu blondyna, czułam że się uśmiecha.
-Nadal boli? - szepnęłam mu do ucha żeby nie przeszkadzać reszcie w oglądaniu.
-Nie, jest dobrze, ale jak chcesz to możesz pocałować żeby było lepiej.
-Idź ty zboczeńcu. - walnęłam go w ramię z trudem powstrzymując uśmiech, ten tylko zaśmiał się z mojego czynu, objął ramieniem i pocałował w czubek głowy. To znaczy że mój Ross wrócił i nic mu nie jest, odetchnęłam z ulgą. Z zaciekawieniem oglądałam jakie przygody spotykali główni bohaterowie, nawet nie wiem kiedy minęło te półtora godziny. Po pomieszczeniu rozbrzmiał genialny głos Ed'a Sheeran'a w piosence "Give Me Love", szybko odebrałam telefon od cioci Kristen.
L:Hello?
K:It's me.
L:Poważnie ciociu?
K:Tak tylko się zgrywałam. Laura gdzie ty i Vanessa jesteście?
L:U Lynchów, a co?
K:Czy możecie już wrócić?
L:Tak możemy. Czy coś się stało?
K:Nie, ale mamy gości. Jak chcecie możecie zabrać ze sobą Lynchów, ich rodzice też tu są.
L:Dobra będziemy za jakieś piętnaście minut.
Rozłączyłam się i powiedziałam reszcie że ja i Nessa musimy iść, a oni jak chcą to mogę zabrać się z nami. Od ich domku do naszego jest jakieś piętnaście minut drogi samochodem, pojechaliśmy dwoma autami. Całą drogę zastanawiałyśmy się z Vanessą, kto mógł nas odwiedzić, ale nic konkretnego nie przychodziło nam do głowy. Kiedy weszliśmy do domku z salonu słyszeliśmy głośne śmiechy, razem ze siostrą spojrzałyśmy się na siebie lekko zszokowane poznając właśnie ten jeden śmiech, taranując Rocky'ego i Riker'a pobiegłyśmy do źródła głosów.
-O mój Boże! - krzyknęłam na widok taty i rzuciłam się na niego mocno przytulając.
-Dziewczynki nie mogę oddychać. - mimo tych słów mocniej nas przytulił. Tak się ciesze że go widzę, tyle czasu mi go brakowało. Przywitałyśmy się jeszcze z Alice, która wyglądała naprawdę dobrze. Zapoznałyśmy tatę i jego dziewczynę z naszymi przyjaciółmi.
-Tato to jest mój chłopak Ross. Ross to jest mój tata. - odciągnęłam ich na chwilę na bok, żeby się poznali.
-Naprawdę miło mi pana poznać, Laura bardzo dużo o panu mówiła. - blondyn radośnie wyciągnął rękę do mojego ojca, ten podejrzanie i nie ufnie spojrzał na nią po czym uścisnął ją.  
-Mi też miło cię poznać, ale jeśli skrzywdzisz moją córeczkę, to równie dobrze możesz iść szukać sobie miejsca na cmentarzu. - papa przyciągnął go do siebie tak że byli oko w oko, a ich twarze dzieliła pięciocentymetrowa odległość.
-Okej? Wystarczy. Może wszyscy usiądziemy. - zaproponowałam.
-To świetny pomysł. - człowiek od którego mam połowę DNA z radością przystał na mój pomysł. Wszyscy zaczęli zajmować sobie miejsca, Ross trochę pobladł i wyglądał na lekko przestraszonego, ale tak poza tym wszystko było z nim dobrze. Razem z tatą poszliśmy przynieść więcej ciasta i talerzyków. 
-Musiałeś go tak nastraszyć? - popatrzyłam na tatę, próbując udawać złą, ale za bardzo się cieszę że go widzę żeby być na niego zła.
-Chłopak wydaję się miły i dobrze wychowany, ale zrozum mnie, jestem twoim ojcem muszę go nie lubić, chodź wydaję mi się że będzie to trudne zadanie. - on jak nigdy umie mnie rozśmieszyć i wywołać uśmiech na mojej twarzy.
-Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak cholernie za tobą tęskniłam i jak mocno się cieszę, że jesteś tutaj razem z nami. - kolejny raz przytuliłam mężczyznę, który dał mi i Van tyle miłości ile mógł po śmierci mamy i nas wychował.
-Ej! Młoda damo język. - upomniał mnie.
-Dlaczego kiedy dzisiaj rano rozmawialiśmy przez telefon, nie powiedziałeś że przyjeżdżasz? - od jakiś dwóch tygodni codziennie rozmawiam z tatą przez telefon, kilka razy zdarzyło nam się od siebie zadzwonić żeby powiedzieć tylko "Dzień dobry" albo "Dobranoc".
-A czy wtedy byłaby to taka niespodzianka, jak teraz?
-Nie, ale może bym wam upiekła jakiś tort na przywitanie albo zrobiła przynajmniej jakieś kanapki, pewnie jesteście mega głodni i zmęczeni po podróży.
-Czy ty myślisz że moja siostra wiedząc od jakiś trzech tygodni że tutaj przyjedziemy, nie zrobiła nam nic do jedzenia? Uwierz mi, ja już na jedzenie nie mogę patrzeć. - zaśmiał się.
-A jednak przyszedłeś po ciasto. - obróciliśmy się w stronę wejścia do kuchni, gdzie stała Vanessa i nam się przyglądała.
-Bo nie mogłem się powstrzymać. - ten zadziorny uśmiech, mama zawsze mówiła że to właśnie w nim się zakochała.
Brunetka uśmiechnęła się tylko na odpowiedz taty i pomogła nam wykładać placek na talerz, po ośmiu minutach wróciliśmy do reszty, byśmy szybciej się wyrobili, ale w kuchni cały czas ze sobą rozmawialiśmy. W salonie panowała naprawdę dobra atmosfera, wszyscy rozmawiali ze sobą jakby znali się kupę lat. Ross na początku trochę głupio się czuł jak tata zadawał mu jakieś pytania, ale dyskomfort szybko minął. Przestałam słuchać o czym rozmawiają, kiedy wkroczyli w tematykę sportu, całe męskie grono zaczęło rozmawiać o jakiś zawodnikach czy grupach, które kompletnie mnie nie interesowały. Alice opowiadała jak idzie jej w butiku, który jakiś czas temu otworzyła, każdy ze sobą rozmawiał. Ciocia Kristen przeprosiła nas na chwilę i w tempie błyskawicznym poszła do łazienki, po jakimś czasie wróciła. Coraz bardziej zaczynam się martwić o ciocie, mam nadzieję że nie jest na nic chora i to jest związane tylko z jutrem i stresem z tym żeby wszystko wypaliło. Vanessa i ja bardzo ucieszyłyśmy jak tata powiedział nam że zamierza z nami spędzić dwa tygodnie, już nie mogłyśmy się doczekać żeby pokazać mu miejsca do których chodzimy w LA. Oczywiście parę miejsc wykluczymy z planu naszej wycieczki, to będzie wspaniały czas.

                                                                            ***
Witajcie kochani! Oto ja i nowy rozdział. Naprawdę się ciesze że w tydzień udało mi się napisać rozdział, może nie jest długi, ale ważne jest że nie jest krótki. Mam nadzieje że rozdział wam się spodoba, cały dzień dzisiaj go pisałam. Liczę na wasze komentarze, przyznam że pod poprzednim rozdziałem nie spodziewałam się żadnego komentarza, a tu był jeden od Honey (którą serdecznie pozdrawiam) ten jeden komentarz był naprawdę motywujący. Dziękuje Ci. Do zobaczenia wkrótce.

   

sobota, 4 marca 2017

Rozdział 32

W trójkę udaliśmy się do kuchni, gdzie wyciągnęliśmy wszystkie potrzebne składniki do przygotowania ciasta na pierniki. Głównie to ja i Rydel zajmowałyśmy się pieczeniem, Ross tylko siedział i co chwilę nam przeszkadzał. Jak nie chował nam dla żartu składników, to gadał jak katarynka, buzia w ogóle mu się nie zamykała albo specjalnie fałszował podczas śpiewania, kiedy w radiu leciało coś co zna. Strasznie to wkurzało, ale chyba najgorsze było, jak uszczypną mnie w tyłek gdy sięgałam po miskę z górnej szafki. Przez tego idiotę piękna miska w serduszka wylądowała w koszu, tak się na niego wkurzyłam że zaczęłam go bić ręcznikiem kuchennym, a ten tylko się śmiał. Kazałam mu posprzątać resztki miski (bądź co bądź, ja nie zamierzam sprzątać po nim), po tym całym zajściu siedział chwilę cicho, już z Delly ucieszyłyśmy się że mamy spokój. Niestety po ośmiu minutach ciszy postanowił, że nie będzie z nami gadać tylko sobie pośpiewa. Uwielbiam słuchać jak śpiewa, ale jak specjalnie fałszuje i krzyczy to już nie koniecznie. Z jego ust usłyszałam najgorszą wersje "Hello" Adele (chciałabym pogratulować Adele wszystkich nagród zdobytych na gali Grami ~aut).
-Zrób coś ze swoim bratem, bo zaraz ja mu coś zrobię. - szepnęłam do blondynki wkładając kolejną porcję pierników do piekarnika.
-To twój chłopak. - odparła kładąc gorącą blaszkę na podstawkę na stole. Podeszłam do niej pomagając wykładać pierniki na talerz.
-Zamknij się Ross i zrób głośniej! - wydarła się nagle Delly, aż podskoczyłam ze strachu.
-Dlaczego mam się zamknąć? - zapytał blondyn podgłaśniając radio. Chwilę się przysłuchałam piosence po czym się wydarłam, kiedy mój chłopak chciał coś powiedzieć.
-Boże zamknij się! Shawn Mendes leci! - podleciałam do radia, gdzie stała już Delly, razem miałyśmy taki zaciesz słuchając Shawn'a Pieprzoną Perfekcje Mendesa.
-Jezus kocham "Stitches"! Laura jak można mieć aż taki talent? - dziewczyna wygląda jakby miała się zaraz ze wzruszenia popłakać. Sama muszę przyznać, że jak mocniej się w słucham w jego głos to mam takie ciarki na plecach i chcę mi się płakać. W jego głosie trudno jest się nie zakochać, to jest takie wspaniałe, że jest taki utalentowany.
-Kim jest Shawn Mendes? - Ross podszedł do nas, po tym jak piosenka się skończyła i prowadzący stację zapowiedział najnowszy kawałek Justin'a Biebera. Wtedy każda z nas wróciła do swojego wcześniejszego zajęcia.
-Trzymaj mnie, bo zaraz ataku serca dostane. - złapała się za pierś, gdzie znajduje się serce. -Ty się pytasz kim jest Shawn!?
-No, co jest w tym złego, że zapytałem się, kim on jest?
-Mogę ci powiedzieć kim ty jesteś.
-Zamienia się w słuch.
-Nikim. - Rydel uśmiechnęła się iście wrednie. Mina chłopaka była bez cenna, musiałam ugryźć wnętrze policzka żeby się nie uśmiechnąć.
-Nie bierz sobie tego do siebie kochanie. - postanowiłam pocałować go w policzek, ten przyciągnął mnie do siebie i namiętnie pocałował. Słyszałam za sobą głos blondynki mówiący, że jesteśmy ohydni i nie mamy robić tego przy ludziach. Znam na tyle dobrze Ross'a że wiem, że zrobił to specjalnie żeby zrobić na złość siostrze za to że go obraziła, mogłabym mu nie pomagać, ale wtedy bym nic nie zyskała, może ewentualnie zadowolenie przyjaciółki. A tak całuje się z najprzystojniejszym chłopakiem w LA. 
-On jest kanadyjskim piosenkarzem i jest mega uroczy. - wyjaśniłam mu, gdy przestaliśmy się całować. 
-Widzisz Rydel, Laura grzecznie i kulturalnie odpowiedziała na moje pytanie. A co to miało znaczyć "mega uroczy"!? - odwrócił się w moją stronę, na twarzy miał wymalowaną czystą zazdrość. 
-To znaczy że jest mega uroczy, nie musisz być zazdrosny. -  uszczypnęłam go w prawy sutek.
-Ale ja nie jestem zazdrosny. 
-Owszem jesteś. 
-Laura ma racje bracie, jesteś zazdrosny. Jeśli mam być szczera to masz być o co, Shawn'em można słodzić herbatę, którą nie byłbyś w stanie wypić, bo byłaby taka słodka. - kocham Delly i jej podejście do braci i Ellington'a. 
-On jest uroczym piętnastolatkiem, gdybym leciała na młodszych i nie poznała ciebie to bym robiła wszystko żeby go zdobyć. 
-No nie powiem, uspokoiłem się trochę.
Następne dwie godziny minęły nam na zdobieniu pierników w różne wzorki, kilka razy przyłapałam Ross'a jak próbował zjeść nasze arcydzieło, za każdym razem zwracałam mu uwagę żeby tego nie robił. Jak już wszystko przyrządziliśmy dołączyła do nas Vanessa, chwilę z nami porozmawiała po czy zadzwoniła do niej jej stara znajoma.  Chcieliśmy razem obejrzeć jakiś film, ale pani Stormie zadzwoniła do Rydel z pytaniem czy zamierzają dzisiaj wracać do domu, zrobiło im się trochę głupio więc postanowili pójść już do domu. Wieczór spędziłam z Van, ciocią i wujem, na początku oglądaliśmy komedie "Millerowie", która swoją drogą była bardzo śmieszna, a później wuja Robert zaproponował że zagramy w kalambury. Tak fajnie się nam grało, że nawet nie zauważyliśmy kiedy na zegarku pojawiła się druga w nocy. Każdy z nas rozdzielił się do swoich pokoi. Noc minęła mi spokojnie, wczesnym rankiem obudził mnie dźwięk przychodzącego sms'a, po przeczytaniu wiadomości szybko chwyciłam bluzę i nakładając ją na siebie zeszłam na dół. Najciszej jak tylko umiałam wyszłam do ogrodu, gdzie czekał na mnie Ross z uśmiechem na ustach. Podbiegłam do niego rzucając mu się na szyję, jakbym go wieki nie widziała. Chłopak mnie pocałował i wziął za rękę.
-Dokąd mnie ciągniesz? - zapytałam kiedy blondyn zaczął mnie prowadzić w nieznanym mi kierunku.
-Co powiesz o romantycznej przejażdżce? - na słowa Lyncha zatrzymałam się gwałtownie.
-Ale że teraz? - musiałam komicznie wyglądać ze zdziwioną miną skoro mój partner miał taką minę, jakby próbował nie roześmiać się.
-A czemu nie?
-Poczekaj, pójdę się przebrać. - już miałam iść w stronę domu, kiedy Ross mnie zatrzymał.
-Nie musisz nigdzie iść, tak będzie idealnie.
-Jesteś pewien? 
-Niczego bardziej nie byłem pewien, a teraz chodź. Porywał cię. - blondyn przyciągnął mnie do siebie oplatając mnie swoim ramieniem. Dwie sekundy później staliśmy przed samochodem rodziców chłopaka, podziękowałam skinieniem głowy, kiedy Ross otworzył mi drzwi.
-Czyli to jest porwanie? - zapytałam, gdy odpalił silnik.
-Nie, bo jedziesz z własnej woli. A po drugie mam muffiny. - pomachał mi torbą pełną smakołyków.
-Muffiny!? - pisnęłam wybuchające głośnym śmiechem, chwytają jednego muffina.
-O co chodzi? - blondyn wyglądał na trochę zabitego z tropu.
-O nic. - włączyłam radio żeby zabić panującą ciszę, właśnie załapaliśmy się na końcówkę piosenki Shawn'a, zrobiłam znaczącą minę biorąc gryzą muffina.
-Będzie mi się opłacało zapytanie ciebie co ty robisz? - uniósł pytająco jedną brew.
-Nie. - pokręciłam przecząco głową, biorąc kolejnego gryza. Po jakiś piętnastu minutach jazdy Ross skręcił w stronę jakiegoś lasku. 
-Czy ty wywiozłeś mnie tutaj żeby mnie zgwałcić, a potem zabić? - zapytałam lekko spanikowana. Nie powinnam czytać fanfiction o tym jak dziewczyna zostaję porwana, wywieziona do lasu, zgwałcona, zabita i zakopana pod drzewem, przed spaniem. Przeklęty Harry Styles (zmyśliłam takie fanfiction ~ aut)! 
-Co!? Nie! Skąd ci taki pomysł do głowy przeszedł? 
-No wiesz, porywasz mnie z samego rana, gdzie normalny człowiek o tej porze śpi. Wywozisz do lasu, a z tyłu na siedzeniu jest łopata i czarne worki na śmieci. - wskazałam na wcześniej wspomniane przedmioty. 
-Rzeczywiście słabo to wygląda. - podrapał się z tyłu głowy. -Ale to nie jest tak jak myślisz, moja mama wczoraj robiła zakupy w ogrodniczym i zapomniała wyciągnąć tą łopatę. Możesz być spokojna, nic ci nie zrobię. 
-Załóżmy że ci wierzę. 
-Jesteśmy na miejscu. - Ross zatrzymał samochód. Rozejrzałam się dokoła, kiedy chłopak otworzył mi drzwi. Było tutaj naprawę pięknie, aż z wrażenia zapadło mi dech w piersi.
-Czy stąd widać całe Los Angeles? 
-Tak kochanie. - Ross objął mnie od tyłu i pocałował w szyję. 
-Poczekaj, po co mnie tutaj przywiozłeś? - plecami oparłam się o jego klatkę piersiową. 
-Żebyśmy mogli podziwiać jak słońce budzi LA. - wyjaśnił.
-Myślałam że Los Angeles nigdy nie chodzi spać. 
-Słuszna uwaga. Kocham cię. - blondyn schował głowę w zagłębieniu mojej szyi.
-Ja ciebie bardziej. - zaczęliśmy się całować, po jakiś czterech minutach usiedliśmy na skalę. Nieświadomie uśmiechała się do siebie podziwiając jak słońce wyłania się za wysokich wieżowców i jak na drodze pojawiają się pomału samochody. Lynch cały czas obejmował mnie ramieniem, a ja miałam głowę opartą o jego tors. Zrobiło mi się trochę głupio jak koło nas przebiegło jakieś małżeństwo, które uprawiało poranny jogging, a ja miałam na sobie piżamę. Pochyliła się do ucha mojego chłopaka i zapytałam czy możemy już wracać.
-Nie podoba ci się tutaj? - trochę posmutniał, kiedy odsunęła się od niego.
-Nie, tutaj jest naprawdę piękne, dziękuję ci bardzo za to że mnie tutaj przywiozłeś, ale nadal mam na sobie piżamę. I trochę głupio się czuję z tym faktem, że wszyscy dokoła mnie są ubrani, a ja nie.
-Przecież masz na sobie ciuchy. 
-Nie o to mi chodziło! - oparłam bezradnie głowę o ręce.
-Przecież wiem, tak tylko się z tobą droczyłem. 
Rzuciłam bluzę na tylne siedzenie samochodu, gdy weszliśmy do pojazdu, bo robiło się coraz cieplej. Zapięłam pas i założyłam okulary przeciwsłoneczne Ross'a, które mi pożyczył, na nos. Cała droga minęła nam na rozmowie, blondyn mówił mi co zamierza mi pokazać w Colorado i gdzie można zjeść coś dobrego. 
-Widzimy się jeszcze dzisiaj? - zapytał parkując auto przed swoim domem.
-Jasne, że tak. - pocałowałam go na pożegnanie i pobiegłam w stronę domu. Wuja i Vanessa jedli właśnie śniadanie.
-Gdzie ty byłaś? Już chciałem dzwonić na policję że ktoś mi córkę porwał. - zrobiło mi się bardzo miło na sercu, jak wuja Robert nazwał mnie swoją córką.
-Ross mnie zabrał, w takie fajne miejsce. Nie musisz się martwić. A gdzie jest ciocia? 
-Musiała co załatwić w mieście. - wyjaśniła mi Vanessa. 
-Aha. 
-Siadaj i jedź. - wuja wskazał miejsce koło siebie. Chwyciłam płatki śniadaniowe i wsypałam je do miski, dodałam jeszcze mleka i zabrałam się za jedzenie.

                                                                         ***
Wróciłam! Wiem że bardzo długo mnie nie było, nigdy chyba aż tyle nie musieliście czekać na rozdział. Szczerze to co jest powyżej jest bardzo słabe, za co chciałabym serdecznie przeprosić. Nie miałam za bardzo pomysłu na rozdział i jeśli macie jakieś ciekawe pomysły na kolejny rozdział to śmiało możecie pisać. Chyba mam kryzys twórczy, brak pomysłów i tak w ogóle. Nawet zastanawiałam się czy nie zakończyć tej historii, ale szkoda mi trochę tego kończyć. Mam nadzieję że za jakiś czas wena mi wróci, szkoła bardzo mnie wykańcza. Podejrzewam że następnym rozdział może być słaby, ale jest szansa że będzie lepszy od tego. Odzwyczaiła się trochę od pisania, więc potrzebuję trochę czasu żeby wrócić do dawnej formy. Życzę wszystkim udanego dnia, mam nadzieję że ktoś tutaj wpadnie i przeczyta moją ciężką pracę 😂 Do zobaczenia wkrótce.




piątek, 30 grudnia 2016

Rozdział 31

Rozdział dedykuje Kathy Leonia

Od urodzin Vanessy i Rocky'ego minęło sześć tygodni, nic ciekawego nie działo się przez ten czas, może poza moimi urodzinami które były super. Teraz oficjalnie mam osiemnaście lat! Głupio że nie mogę iść sobie legalnie do klubu i kupić alkohol, bo nie mam jeszcze dwudziestu jeden lat. To nie oznacza że nie będę tego robić, oczywiście że będę tyle że nielegalnie. Wracając do moich urodzin, impreza była genialna, mam pewną teorie że Vanessa przespała się z Riker'em po pijaku, ale nie jestem pewna. Ich relacja mnie irytuje, przy nas wszystkich zachowują się jak zwykli przyjaciele (chodź ich zachowanie czasami na to nie wskazuje) a jak są sami, to wyglądają jak dwa napalone byki na siebie, które z trudem panują nad tym żeby się na siebie nie rzucić, bo nie pozwala im na to etyka. To jak oboje pożerają się wzrokiem jest za razem słodkie i okropne, jakiś czas temu kiedy przyszliśmy do Lynchów Nessa założyła spódniczkę, a Riker zaczął się ślinić co było dosyć ohydne. Ja rozumiem że ktoś może zachwycać się czyimś wyglądem, ale ślinienie się nie jest ani atrakcyjne ani słodkie, raczej bym powiedziała że to jest nie smaczne. Razem z Rydel zauważyłyśmy ich dziwne relacje i teraz jesteśmy niczym detektyw Sherlock Holmes szukający jakiś dowodów na istnienie ich związku. Parę dni przed urodzinami pojechałam razem z Van do taty na kilka dni, bardzo się cieszyłam że mogę z nim spędzić czas. Trochę opowiedziałam mu o Ross'ie, za każdym razem jak o nim wspominałam tata robił dziwną minę, Alice powiedziała mi że jest zazdrosny o to że jego mała córeczka ma już chłopaka i jak nakazuje prawo musi go nie lubić. Chodź ona sama bardzo staranie wypytywała się o niego. Żałuje że nie ma z nami mamy, nie to że nie lubię Alice, bo lubię i to bardzo, chodzi tylko o to chciałabym bardzo żeby była z nami. Pewnie by bardzo polubiła Ross'a, tata nie miał szansy jeszcze poznać go osobiście. W tym samym czasie co ja wyjechałam, on pomagał koledze w pizzerii, robił ciasto albo rozwoził po domach. Parę razy pomagała mu w rozwożeniu pizzy, blondyn od rana do wieczora ciężko pracował, dobrze że dziewczyny były, bo inaczej z nudów bym umarła. Nie mieliśmy za bardzo czasu dla siebie. Na urodzinach okazało się, że Ross kupił bilet na koncert Justin'a Timberlake. Kiedy dostałam kopertę w której były dwa bilety na koncert, jeden dla mnie, a drugi dla osoby towarzyszące, myślałam że ze szczęścia umrę. Rzuciłam się na mojego chłopaka, całowaliśmy się z jakieś dziesięć minut, kiedy oderwaliśmy się od siebie wtuliłam twarz w zagłębieniu jego szyi, on szepnął mi do ucha "Wszystkiego najlepszego kochanie". To były moje najlepsze urodziny w całym życiu. Koncert Timberlake ma odbyć się dwudziestego siódmego grudnia. Rydel i Vanessa ciągle mnie męczą żebym jedną z nich wzięła ze sobą jako osobę towarzyszącą, to robi się już męczące. Mówiłam im że nie wyobrażam sobie żeby nie wziąć ze sobą Ross'a, to przecież dzięki niemu idę na koncert. A sama wiem, że bilety nie były wcale takie tanie, a on tak ciężko pracował i wszystko wydał na to żeby moje marzenie się spełniło. Mam najlepszego chłopaka na świecie! Za niedługo święta i wszyscy żyjemy tym magicznym czasem. W sklepach można zobaczyć pełno świątecznych ozdób i innych takich pierdółek. Jestem właśnie w trakcie strojenia swojego pokoju żeby dodać mu świątecznego blasku, aktualnie siedzę na łóżku, bo zrobiłam sobie krótką przerwę. Obok mnie na krześle od biurka siedzi Rydel, która postanowiła mi pomóc, z racji tego że wczoraj ja jej pomagałam.
-Sherlocki możecie przestać knuć te swoje teorie spiskowe? - jęknął Ross, który leżał na łóżku i jedną ręką obejmował moje biodra, a w drugiej obracał ozdobę świąteczną w kształcie gwiazdy uważnie jej się przyglądając. Odwróciłam do niego głowę i spojrzałam z pod byka. Ja i blondynka byłyśmy w trakcie omawiana tego że Vanessa gdzieś wyszła i Riker też i że pewnie poszli się spotkać ze sobą.
-Ross my jesteśmy tu w trakcie omawiania bardzo istotnych spraw, a ty nam przerywasz! - oburzyła się jego siostra. Przytaknęłam jej głową wkładając kolejny kawałek mandarynki do ust.
-Ty nawet przeciwko mnie. - dźgnął mnie palcem w bok.
-Tak jakoś wyszło. - wzruszyłam ramionami i włożyłam mu mandarynkę do ust. Blondyn mruknął że niech mi będzie i wrócił do swojego wcześniejszego zajęcia, czyli macanie moich ozdób świątecznych i komentowanie ich wszystkich.
-Jak na was patrze to płakać mi się chce, że nie mam chłopaka.
-I przez długi czas nie będziesz miała. - odparł Lynch. Kiedy Delly posłała mu mordercze spojrzenie dodał. -Chłopacy i ja nie wyrażamy zgody na chłopaków, jesteś za młoda.
-Ty chyba jesteś chory.
-Chyba ty. - pokazał jej język.
-Raczej ty. - odpyskowała mu siostra i rzuciła w niego moja mandarynką.
-Ej, to moje! Jak chcecie rzucać w siebie jedzeniem, to nie tutaj. - gorzej z nim jak z dziećmi.
-To on/ona zaczęła/zaczął! krzyknęli równocześnie wskazując na siebie nawzajem palcem.
-Jakie zgodne rodzeństwo. - zaśmiałam się pod nosem. -Masz rozplącz te lampki, skoro ci się nudzi. - rzuciłam na brzuch mojego chłopaka poplątane lampki, których nie chciało mi się rozplątywać. Blondyn głośno westchnął i zabrał się za robotę.
-Fajnie że my i wy spędzimy święta w Kolorado! - krzyknęła podekscytowana Delly. Lynchowie co roku w święta Bożego Narodzenia jeżdżą do Kolorado, gdzie mieszkają tam ich dziadkowie, żeby razem z nimi spędzić ten niezwykły czas. Ciocia i wuja jakieś trzy lata temu kupili w Kolorado nie duży domek w którym spędzają święta i czasem przyjeżdżają na wakacje, chodź sami twierdzą że wolą tam przyjeżdżać w święta. Kiedy spytałam się ich dlaczego kupili tam dom, odpowiedzieli mi że kochają spędzać święta ze śniegiem, a w Los Angeles nie pada i wiecznie jest słonecznie. Dowiedziałam się też że tata ma przyjechać na jeden dzień do Kolorado, a później ma wyjechać do senatorium, bo ma lekkie problemy ze zdrowiem. Ale nie kazał mi się tym martwić.
-Też się strasznie z tego powodu cieszę! - wstałam z łóżka, podeszłam do małej choinki, która stoi na parapecie i zaczęłam zawieszać na niej ozdoby. Po chwili dołączyła do mnie Rydel.
-Pójdziesz zemną na zakupy świąteczne?
-Tak, sama muszę zrobić wszystkim prezenty. - zgodziłam się na propozycje przyjaciółki.
-A co mi kupisz? - Ross wyszczerzył się jak dziecko, wstając z łóżka.
-Stringi. - uśmiechnęłam się wrednie.
-Co kurwa? - mina mu zrzedła. Razem z blondynką wybuchnęłyśmy głośnym nie pohamowanym śmiechem, wyciągnęłam z kieszeni mój telefon i zrobiłam mu zdjęcie (za niedługo ma urodziny, więc te zdjęcie nada się idealnie). Po tym jak zrobiłam mu zdjęcie, otrząsnął się i strzelił focha, na chwilę odwrócił się do nas. -Ale ty tak na poważnie?
-A czy ja wyglądam jakbym sobie żartowałam? - wskazałam na siebie palcem.
-W tej opasce z rogami reniferów i łańcuchem świątecznym owiniętym wokół szyi, tak, wyglądasz jakbyś robiła sobie ze mnie jaja. - kompletnie zapomniałam o tym że mam ubrane te przeklęte rogi i łańcuch, chciałam zachować kamienną twarz i trochę z niego pożartować. Ale oczywiście wyszło jak zawsze. Już od dawna mam kupiony dla niego prezent, przez prawie cały listopad ciągle mi mówił o nowej płycie The Script, przez to że ciągle pracował nie miał czasu iść sobie jej kupić, a teraz że są święta i musiał zrobić wszystkim prezenty to nie stać go na nic. Mam zamiar dokupić mu jakąś bluzę, bo biedak nie ma teraz prawie żadnej, przez to że ciągle mi jakąś pożycza, a ja zapominam mu je oddać. Na szczęście nie muszę go wypytywać o rozmiar, wystarczy tylko że podejdę do szafy i sama to sprawdzę.
-Kiedy macie występ? - zapytałam.
-W ten piątek.
-A przyjdziesz? - spytał Ross obejmując mnie od tyłu.
-Oczywiście. - pocałowałam go w policzek i uwolniłam się z jego uścisku, wracając do mojego wcześniejszego zajęcia. Zapomniałam wam wspomnieć że od występu R5 na urodzinach, zagrali oni trzy koncerty w sobotni wieczór w kawiarni, głównie grają covery, ich jedynym utworem który napisali jest "Cali Girls" Rocky, Riker, Ross i Ellington pisali to przeszło osiem godzin ze słowami i muzyką. Wczoraj Delly pokazywała mi swój tekst który sama napisała, piosenka nazywa się "Love Me Like That" i uważam że jest genialna. Blondynka twierdzi że musi jeszcze ją dopracować i że będzie potrzebowała pomocy chłopaków z muzyką, ale tak poza tym wszystko jest perfekcyjne. Nie mogę się doczekać żeby usłyszeć moją księżniczkę, Rydel coś wspominała że chłopacy będą robić jej chórek, ale nie jest tego jeszcze pewna w stu procentach. W piątek R5 ma zagrać koncert świąteczny ze najsłynniejszymi utworami gwiazdkowymi dla klientów kawiarni "Cafe", mało kreatywna nazwa kawiarni za to mają naprawdę dobrą kawę i ciasta. Nawet nie musieliśmy prosić Alexe żeby zagadała z właścicielem, bo sam to zaproponował.
-Już wiecie co zagracie? - postanowiłam przerwać ciszę, która nastała po moim pocałunku w policzek.
-Tak, mamy już ustaloną kolejność utworów. Szkoda że mamy tylko czterdzieści minut czasu. - Delly trochę posmutniała, widząc to Ross podszedł do niej i objął jedną ręka.
-Ale to zawsze jest lepsze niż nic. Popatrz na naszym pierwszym występie było z około dziesięć osób, a na ostatnim było już koło trzydzieści osób. Z występu na występ coraz więcej ludzi idzie nas posłuchać, co dzięki temu pozwala nam się rozwijać jako muzycy. Czy myślisz że te wszystkie gwiazdy od razu miały pełno fanów i grali długie występy? Powiem ci, że nie. Oni zaczynali tak samo jak my od samego początku, gdzie mało ludzi ich słuchało, ale za czasem coraz więcej osób się nimi interesowało, a ich występy trwały dużej. Weźmy sobie taką Taylor Swift na samym początku była tylko ona i jej talent, a później występowała na konkursach, festiwalach i została mega gwiazdą, która słynie z tego że często pisze teksty o swoich byłych. Chodzi mi o to że na samym początku nigdy nie będzie łatwo, ale czym dalej zajdziemy to będzie łatwiej. - zaczęłam bić brawa, kiedy blondyn skończył swoją pełną motywacji mowę. Zrobiłam głośne "Aww", gdy blondynka i blondyn się do siebie przytuliły.
-Myślisz o tym samym co ja? - Rydel zapytała brata, jak nadal się do siebie tulili. Rodzeństwo wymieniło między sobą iście wredne spojrzenie i rzucili się na mnie. Wszyscy wylądowaliśmy na łóżku, ja miałam takie szczęście że państwo Lynch wylądowali na mnie, nieco mnie przygniatając.
-Serio musieliście to zrobić!? - lekko się wkurzyłam, rozmasowując sobie obolałe miejsce. Co za banda idiotów? Ci nic nie odpowiedzieli tylko zaczęli mnie łaskotać. Krzyczałam i wiłam się na wszystkie strony, przez przypadek straciłam coś z szafki nocnej, nawet nie zdążyłam zobaczyć co to było, bo musiałam się bronić przed nimi. -Błagam przestańcie! Proszę! - krzyczałam śmiejąc się i broniąc.
-Ja myślisz Rydel darujemy Laurze? - chłopak na chwilę przerwał tortury.
-Ja nie wiem Ross, jakoś mnie nie przekonały te prośby. - dziewczyna podrapała się po karku.
-Błagam was! Zrobię wszytko, ale przestańcie!
-Ciągle się waham, a ty blondi? - Delly udała że się zastanawia.
Wykorzystując moment ich nieuwagi szybko zerwałam się z łóżka i pobiegłam do łazienki, gdzie się tam zamknęłam. Ross i Rydel byli tak zaskoczeni moją ucieczką, że nie zdążyli mnie zatrzymać, kiedy się otrząsnęli ja waśnie zamykałam drzwi do łazienki, wszystko działo się tak szybko.
-Laura weź otwórz! Nie wygłupiaj się! - blondyn próbował się dobić do środka. Oparłam się o zlew i czekałam na dalszy rozwój zdarzeń.
-Nie wydurniaj się! - do walenia w drzwi dołączyła się dziewczyna. Chciałam im odpowiedzieć że się nie wygłupiam, ale przez przypadek zwaliłam z umywalki perfum, który cały się po tłuk.
-Kurwa. - powiedziałam cicho i zaczęłam zbierać kawałki szkła z podłogi. Kurcze, to był jeden z moich ulubionych perfum i na dodatek był prawie cały pełen. Super teraz w łazience będzie intensywnie śmierdziało, będę musiała otworzyć okno.
-LAURA! CO SIĘ DZIEJE!? OTWIERAJ MI TE CHOLERNE DRZWI! OTWIERAJ JE! - Ross jak usłyszał że coś spadło, wpadł w jakiś szał. Walił i krzyczał w drzwi, jak tak zaraz dalej pójdzie to wyrwie te drzwi z zawiasów. Pewnie pomyślał że się na nich obraziłam i teraz będę chciała sobie coś zrobić albo że zasłabłam. Raz przy nim zakręciło mi się w głowie i straciłam przytomność na chwilę, po tym jak się ocknęłam Ross strasznie panikował i chciał mnie zawieść do szpitala, godzinne musiałam mu tłumaczyć że nic mi nie jest i czuje się lepiej. Zapatrzyłam się na kilka sekund na drzwi, gdzie było bardzo wyraźnie słychać lekko podenerwowany głos mojego chłopaka, źle chwyciłam jeden kawałek szkła co poskutkowało tym że się przecięłam. Szybko przyłożyłam palec do ust i lewą ręką skończyłam sprzątać.
-Laura wszystko okej? - z ledwością usłyszałam głos blondynki pod tym ciągłym walenie pięściami w drzwi przez chłopaka.
-KOCHANIE NIC CI NIE JEST!? OTWIERAJ TE JEBANE DRZWI, BO JE ZARAZ WYRWĘ! - w końcu nie wytrzymałam i otworzyłam drzwi. Czekoladowooki jak tylko mnie zobaczył, od razu przytulił się do mnie dusząc mnie przy tym. -Nie wiesz, jak się o ciebie bałem. - pocałował mnie w czubek głowy.
-Co to był za hałas? - zaciekawiła się moja przyjaciółka. Wskazałam na blondyna, a Delly od razu skapnęła się o co mi chodzi. -Ross puszczaj Laurę, bo ta nie może oddychać. - posłusznie wykonał polecenie siostry.
-Nic tylko perfum mi spadł i się rozbił. - machnęłam ręką.
-Ty krwawisz. - zauważył Ross podnosząc moją rękę żebym dokładnie to widziała.
-Jak tak waliłeś w te drzwi, to zapatrzyłam się na nie i się przecięłam.
Blondyn zaprowadził mnie do łazienki, gdzie odkręcił wodę i zaczął przemywać mi ranę, Rydel wysłał po apteczkę. Kiedy blondynka wróciła, opatrzył mi ranę i dał całusa w palec żeby nie bolało. Dokończyliśmy ozdabianie pokoju, podoba mi się jak to wszystko urządziliśmy, nie jest tych wszystkich ozdób za wiele, co daje harmonie pokojowi i nie kiczowaty wystrój.
-Co teraz będziemy robić? - zapytałam chowając karton, gdzie trzymałam tam wszystkie świąteczne duperele, na dolną półkę w szafie.
-Może upieczemy pierniki? - zawołała podekscytowana Rydel, wszyscy przystali na tą propozycje.

                                                                             ***  
Witajcie kochani! Przyznam się szczerze że rozdział chciałam dodać wczoraj z okazji urodzin Ross'a, ale przez cały dzień nie miałam czasu, a wieczorem byłam za bardzo zmęczona żeby coś napisać, lekko spóźniony ale jest. Widzimy się ostatni raz w tym roku, więc mam nadzieje że ten rozdział umili wam ostatnie chwilę roku 2016! Jeszcze raz bardzo chciałam podziękować Kathy Leonia za skomentowanie ostatniego rozdziału. Mam nadzieje że w nowym roku będzie więcej komentarzy pod rozdziałami, więcej czytających to opowiadanie. Rok temu obiecałam że postaram się dodawać częściej rozdziały w tym roku mam nadzieje że mi się to uda, ale z drugiej strony czym by było życie bez marzeń haha. Proszę bardzo o szczerą opinie tego co znajduje się wyżej, liczę na was. Chciałabym wam życzyć na nowy rok dużo szczęścia, spełnienia marzeń (moje aktualne jest pojechanie na koncert Shawn'a Mendesa w Polsce), zdrowia, mniej nerwów i żeby ten nowy rok był lepszy od tego. jeśli macie do mnie jakieś pytania to zapraszam na zakładkę pytania lub na mojego Twittera nazywam się Dziecko Nocy. Gdy będzie dużo komentarzy dodam szybko następny rozdział. Do zobaczenia niebawem.


wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 30

Zaskoczona Vanessa stała jak słup soli, gapiąc się na nas jak na nie normalnych. Chwilę zajęło jej ogarniecie tego wszystkiego, po czym rzuciła się na nas, mocno tuląc do siebie.
-Pamiętaliście!!! - krzyknęła odrywając się od nas. Dzisiaj przez cały dzień wszyscy udawaliśmy, że nie pamiętamy o jej urodzinach. Może z wyjątkiem Rocky'ego, który faktycznie zapomniał, a teraz udaje że też brał w tym udział. Razem z Rydel i Alexą mocno napracowałyśmy się wieszając te wszystkie ozdoby w kształcie pająków, nietoperzy itp najtrudniej chyba było ze sztuczną pajęczyna Delly cała się w nią zaplatała i my też pomagając jej się z stamtąd wydostać. Chłopacy przynieśli nam wszystkie kartony i pomagali w ustawianiu stolików, sami zajęli się sprzętem elektrycznym na którym kompletnie się nie znam. Ryland puścił nam kilka swoich remiksów, muszę przyznać że chłopak ma talent. Najmłodszy dawał jasne sygnały, że chce być didżejem, więc po długich męczarniach zgodziłyśmy się żeby obsługiwał ten sprzed. Jednak postawiłyśmy, że młody ma zakaz spożywania napojów wysoko procentowym, a jak złamie zasadę dzwonimy do rodziców i wypad z imprezy. Tak dobrze dogadywało nam się z Alexą, że pewnego dnia zaprosiłyśmy ją na piżama party. Długo nie zajęło żeby Van i blondynka się polubiły, przez cały ten wieczór żadna z nas nie puściła pary z ust. Słodko było patrzeć jak Riker ciężko pracował, żeby moja siostra miała jak on to powiedział "zajebiście odjechane przyjęcie". Fajnie było to że wszyscy pomagali, nawet Ellington. Niekiedy trudno było mi się skupić na pracy, bo Ross przytulał mnie od tyłu, ale wszystko ogarnęliśmy. Jestem dumna z tego co razem nam się udało stworzyć. 
-Oczywiście że pamiętaliśmy! Jakbyśmy mieli zapomnieć! Chodź, koniecznie musisz spróbować krwistego ponczu. - Delly porwała szczerzącą się Van w tłum ludzi, przepychając się i krzycząc "Z drogi ludzie idzie solenizantka!" 
-Wiedziałem że to jej się spodoba. - szepnął mi na ucho Riker, poczułam lekki zapach alkoholu. 
-Skąd taka pewność? - zapytałam odwracając się do niego, w ręku trzymał kubek z niebieską cieczą, nie trzeba się długo zastanawiać żeby zgadnąć że w środku znajdują się napoje wysoko procentowe. 
-Bo ten pomysł z przyjęciem był mój. - posłałam mu mordercze spojrzenie. 
-Nie zwracaj uwagi na tego kretyna. - Ross odciągnął mnie na bok. -To ty i Rydel to wszystko zorganizowałyście z małą pomocą nas. - uśmiechnął się nieśmiało. 
-Uroczo wyglądasz jak się uśmiechasz. - musnęłam mu palcem nos.
-Nie jestem uroczy. - od razu zaprzeczył.
-A właśnie ze jesteś. - zawiesiłam mu ręce na szyje. 
-Jestem Jeffrey Dahmer, uwierz mi, nie jestem uroczy. - nawiązywało to do jego kostiumu na Halloween. Nie pytajcie mnie dlaczego się za to przebrał, bo nie mam bladego pojęcia. Raz jak nudziło mi się u niego w pokoju, to czytałam poklei tytuły okładek książek i natrafiłam na "My Friend Dahmer", podejrzewam że głównie tak historia opisana w książce go natchnęła. -Nie co ty kotku. - mruknął mi do ucha i klepnął w tyłek. 
Ja postanowiłam się przebrać za Kobietę Kot, która była seksowna i niegrzeczna. Mój struj składa się z czarnego kombinezonu z długimi rękawami i nogawkami, na rękach i nogach były dziury jakby ktoś przejechał pazurami po nich, a z tyłu był doczepiony ogon. Kombinezon miał mocno wycięty dekolt z przodu, tak że odsłaniały mi połowę piersi, na nogach miałam czarne kozaki na korku, a do tego wszystkiego maskę na twarzy i bicz w ręce. Lekko postawiłam swoje włosy i zrobiłam loki, usta pomalowałam czerwoną szminką, a oczy podkreśliłam tuszem do rzęs, eyelinerem i lekkim brązowym cieniem. Musiałam podnieść brodę Ross'a do góry, bo miałam wrażenie że zaraz zacznie się ślinić na widok mojego dekoltu.
-Oj Lauruś, zaczynam żałować że nie przebrałem się za Batmana. - jego palce zaczęły zjeżdżać w dół z moich obojczyków, chyba nie muszę tłumaczyć gdzie zmierzały.
- Z tego co pamiętam pannie Dahmer lubujesz się w przeciwnej płci od mojej. - zatrzymałam jego palec. 
-Ty tak na serio? - zapytał, a ja od niego się odepchnęłam specjalnie kołysząc bioderkami, wiedząc że wywołam u niego szał. Kontem oka widziałam, że rusza za mną. Podeszłam do Rocky'ego i Ella rozmawiających i jedzących ciastka Halloweenowe. 
-Jak tam chłopaki? - chwyciłam do ręki plastikowy kubek i nalałam sobie ponchu.
-Doskonale! Koniecznie musisz spróbować tych ciastek. - nie czekając na odpowiedz Rocky wepchnął mi ciastko do gardła. 
-Co tam knujecie? - podszedł do nas Ross, chwytając kilka ciastek na raz i wpychając sobie je do buzi. Ellington przebrał się za jakąś postać z filmu, a Rocky przebrał się za kowboja. Jakiś koleś idąc przed siebie potknął się o stopę Ella i wylał czerwony aromat na kostium Ross'a.
-Wybacz stary, nie chciałem. - zaczął przepraszać, blondyn podniósł rękę żeby przestał mówić.
-Spoko nic się nie stało. Nie ma problemu. - uradowany chłopak poszedł przed siebie jeszcze raz przepraszając poszkodowanego.
-Chyba nie pójdzie tego wyczyścić. - stwierdziłam dotykając tego czegoś.
-W takim razie lecę do domu zmienić kostium. Szykuj się na Batmana. - to ostatnie szepnął mi do ucha i uszczypnął mój tyłek. Przewróciłam oczami i odwróciła się to fontanny z czekolady, muszę przyznać że ten pomysł z fontanną Ellington'a był genialny. Po jakimś czasie dziewczyny się do mnie dołączyły, Alexa była mocno szokowana że Rocky i Rydel są w jakiś sposób spokrewnieni. W skrócie opowiedziała nam historię, jak się poznali. 
-Nie wieże że ta marna imitacja mężczyzny jest na imprezie i że pomagałam po części przy przygotowaniach przy jego urodzinach. - blondynka załamanie pokręciła głową, na początku jak narzekała na szatyna to słuchałam, a teraz tylko przytakuje głową, kompletnie nie zwracając uwagi co do mnie mówi. 
-Za co jesteśmy ci dozgonnie wdzięczne. - Delly przytuliła ją mocno. 
-Weź nie zwracaj na niego uwagi, zajmij się zabawą i posłuchaj kawałków puszczanych przez Ryland'a Lyncha przyszłą legendę konsoli. - poradziłam jej. Poczułam jak ktoś obejmuje mnie od tyłu, szybko odwróciłam głowę w stronę tego kogoś, poczułam ulgę jak okazało się, że to tylko Vanessa. 
-Dziewczyny dzięki, że to wszystko przygotowałyście! - rzuciła się na nas trzy, dusząc w uścisku, nie spodziewałam się że moja siostra ma tyle siły w sobie. Postanowiłam zakończyć te przytulasy, zanim Van zamiast świętować swój dzień, będzie siedziała w więzieniu za uderzenie takich trzech. Przez ten cały dzień nie miałam czasu na dokładne przyjrzenie się strojów dziewczyn. Vanessa przebrała się za wampira, w tym stroju wyglądała naprawdę dobrze. Miała na sobie koronkową czarną sukienkę, która sięgała jej do kolan, na nogach miała założone wysokie szpilki, a jej szyję zrobił piękny naszyjnik z serduszkiem. Jeśli dobrze mi się zdaje to zanim weszła do klubu nie miała go na sobie, mam pewne podejrzenia skąd on się tam znalazł. Ale wracając, włosy miała wyprostowane, a na ustach aksamitne czerwoną pomadkę, cienie powiek idealnie pasowały do stroju. Za to Rydel zdecydowała się na strój kelnerki, ale po czasie stwierdziła że to nudne, wiec teraz jest Zombie kelnerką. Ubrała biało czarną sukienkę, włosy upięła w wysoki kucyk, na kościach pocztowych narysowałam sobie serduszko, oczywiście widoczne miejscach skóry były koloru gnijącej zieleni, tak jak u Zombie. A Alexa zdecydowała się przebrać za Harley Quinn z filmu "Legion samobójców", miał nawet kij bejsbolowy, którym chciała uderzyć Rocky'ego, bo ten prawie wszedł jej do toalety, długa historia opowiem innym razem. Chwilę jeszcze stałyśmy i rozmawialiśmy, a później poszłyśmy tańczyć. Świetnie się bawiłam razem z dziewczynami, raz do tańca zaprosił mnie pewien chłopak, którego imienia nie znam. Po wspólnie przetańczonym kawałku ładnie podziękował i poszedł na dalsze połowy.  Wspomniał coś że ma zamiar zatańczyć ze wszystkimi dziewczynami na imprezie. 
-Widzisz tego chłopaka w kostiumie wilkołaka? - podeszłam do Alexy i wskazałam na czarnowłosego chłopaka. Stał on od nas jakieś pięć metrów i po chwilę spoglądał na Alexę. Dziewczyna na znak zrozumienia przytaknęła głową. - Zaraz wywierci dziurę w tobie tym swoim wzrokiem. 
-Skąd te przypuszczenia? - lekko skrępowana blondynka odwróciła szybko głowę, kiedy jej i jego spojrzenie się skrzyżowało. 
-On pożera Cię wzrokiem, weź idź zagadaj do niego, przecież widzę jak się zaczerwieniłaś jak spojrzał na ciebie. 
-Masz rację zagadam do niego. - powiedziała pewnie i podeszła do niego. Chwilę przyglądałam się jak razem rozmawiali. 
-Zawsze dobrze doradzi. - usłyszałam za sobą głos pewnego blondyna, odwróciłam się w jego stronę. 
-Nie zawsze. - zaprzeczyłam przyglądając się jego nowemu kostiumu, w którym wyglądał zabójczo. 
-Dla mnie zawsze. - uśmiechnął się do mnie szeroko i przytulił na przywitanie. 
-Skąd w tak krótkim czasie udało ci się zdobyć kostium? - zapytałam patrząc w jego oczy. 
-To jest moja mała tajemnica. - szepnął mi do ucha. -Chodź tańczyć. 
Pociągnął mnie na parkiet, gdzie obydwoje daliśmy się ponieść muzyce. Świetnie się razem bawiliśmy, koło 22 wszyscy zaśpiewaliśmy Van "Happy Birthday" po czym R5 zagrało kilka swoich kawałków jaki i kilka coverów. Rocky nie mógł się doczekać północy, bo wtedy to on przejmuje tą imprezę, niestety miało to zostać w tajemnicy, ale Ellington nie umie trzymać języka za zębami. Cud że nie udało mu się niczego powiedzieć o imprezie. Chwilę przed północą połowa gości była zalana w trzy dupy i razem z Ross'em musieliśmy niektórych wyprowadzić z imprezy i zadzwonić po taksówkę, bo nie byli w stanie zrobić tego sami. W tym całym chaosie nie mogłam nigdzie znaleźć Rydel, przechodząc koło toalety moją uwagę przykuł Riker całujący szyję Vanessy. Szybko poszłam przed siebie, próbując wymazać obraz brata mojego chłopaka całującego szyję mojej siostry. W duchu dziękowałam że nie robili niczego innego, tego widoku chyba bym nie zniosła. Widać że są dosyć mocno wstawieni, dlatego jutro muszę poważnie porozmawiać Nessą i dowiedzieć się ile będzie pamiętać z dzisiaj. W końcu po długich poszukiwaniach blondynki znalazłam ją, stała koło baru rozmawiając z kilkoma nie znanymi mi osobami. Podeszłam nieśmiało do nich i słuchałam o czy rozmawiali. Po dłuższej chwili stwierdziłam że to jest bez sensu, bo i tak nie wiem o kim oni rozmawiali, a niegrzecznie byłoby im się wtrącać, więc postanowiłam się ewakuować niezauważalnie. W tym samy czasie co ja zrobiłam krok do tyłu, Rydel odwróciła się do mnie i szeroko uśmiechnęła.
-Hej Laura, chodź do nas. Koniecznie muszę cię przedstawić. - pociągnęła mnie do siebie, przez co wylądowałam w środku kręgu wzajemnej adoracji. Po prostu super. Uśmiechnęłam się do nich nie śmiało, żeby nie pomyśleli sobie że ich nie lubię.
-Oj koniecznie musisz nam sobie przedstawić. - powiedział jakiś chłopak przebrany za śmierć. Lekko skrępowana zakryłam dekolt rękami, bo nowo poznany nie znajomy właśnie tam się gapił.
-Daj spokój Luke. - westchnęła jakaś dziewczyna.
-Ten koleś przebrany za śmierć to Luke, ta dziewczyna w czerwonych włosach to Ashley - wskazała na tą co westchnęła. - To jest Danni, a to Peyton. - wszyscy wymieniliśmy się uściskiem dłoni.
-A to jest Laura. Dziewczyna Ross'a. - dodała blondynka. Widać było że owe towarzystwo było tym faktem zaskoczone, a ten cały Luke był trochę zawiedziony tą informacją. Ale jak szybko się to zawiedzenie pojawiło, tak szybko zniknęło, na jego twarzy pojawił szeroki uśmiech.
-Nasz Ross ma dziewczynę. I to taką. Muszę mu osobiście pogratulować. - w tłumie ludzi kogoś wypatrzył i poszedł po tego kogoś. Okazało się że to Ross.
-Dlaczego stary się nie pochwaliłeś że kogoś masz? Własnym kolegą nie powiesz? - odezwał się ten Peyton.
-Tak wyszło. - blondyn mnie objął i pocałował w czubek głowy.
-Aww jak słodko razem wyglądacie. - powiedziała to Danni, no raczej tak miała na imię, na pewno miała tak na imię. Chciałam już jej podziękować, ale kiedy otworzyłam usta żeby coś powiedzieć usłyszałam za sobą głos Rocky'ego, który mówił do mikrofonu, a w wolnej ręce trzymał butelkę Jack'a Daniels'a na pół wypitą.
-Jak się bawicie ludzie!? - wszyscy się wydarli. -Jest już pięć po północy i to teraz ja przejmuję tą imprezę. Dawaj Ryland muzę na maksa.
Młodszy Lynch włączył jakiś kawałek, a szatyn pociągnął sporego łyka whiskey. Kiedy zrzucił pustą butelkę na ziemię, zaczął powoli rozpinać guziki swojej koszuli lekko kręcąc biodrami do przodu. Jakaś grupka dziewczyn zaczęła piszczeć z zachwytu i podbiegła bliżej, żeby lepiej móc się przypatrzeć widowisku. Gdy koszula znalazła się na ziemi, chłopak zaczął majstrować coś przy swoim pasie kowbojskim, a potem przy rozporku.
-Święty Jezus. - Ross zakrył buzie z przerażenia, a później przypomniał sobie że ja to wszystko oglądam, więc zakrył mi ręką oczy przyciągając mnie bliżej siebie. Mogłam rozkoszować się cudownym zapachem chłopak i schować twarz w zagłębieniu jego szyi. -Nie patrz na to kochanie.
-Musimy go jak najszybciej z stamtąd zdjąć, zanim wszyscy zobaczą jego goły tyłek! - krzyknęła przerażona Rydel. -Gdzie jest Ratliff!?
-Rydel...
-Co Ross?
-Nie chcę cię martwić, ale spójrz tam. - obróciłam głowę w stronę miejsca gdzie blondyn wskazywał. Mi i Rydel opadła szczena, a Ross bezradnie podrapał się po czubku głowy. Panicznie zaczęliśmy iść w stronę sceny, gdzie Ellington i Rocky dawali pokaz swoich umiejętności tanecznych. Dzieliły nas od nich sekundy, gdyż byli oni w samych bokserkach i szykowali się do pozbycia ostatniej niepotrzebnej części garderoby. Na szczęście zdążyliśmy w ostatniej chwili ich powstrzymać, Rocky'emu udało się pokazać pół dupy, ale Ross szybko do niego podbieg wciągając wyżej bokserki. Pozbieraliśmy ich rzeczy z sceny i wysłaliśmy do łazienki żeby się ubrali, dla pewności że nic głupiego nie zrobią poszedł z nimi Riker. Poza tym małym incydentem reszta imprezy upłynęła spokojnie. Z nas wszystkich Ryland był najbardziej trzeźwy, bo nie pił nić prócz samej pepsi, tak jak mu kazałyśmy. Ja wypiłam jednego drinka, Ross dwa, a reszta w miarę sobie radziła. W najgorszym stanie byli nasi tancerze, ale nie było tak wielkiej tragedii że sami nie mogli chodzić. Na następny dzień jak wszyscy się ogarnęliśmy poszliśmy posprzątać po imprezie. Jak opuszczaliśmy lokal nie wydawało się to takie straszne, jak teraz. Wszędzie walały się śmieci i resztki nie dojedzonego jedzenia. Cały dzień zajęło nam ogarnięcie tego wszystkiego.  

                                                                        ***
Witajcie kochani! Przepraszam was że tyle musieliście czekać na rozdział i dostaliście w zamian coś tak krótkiego. Ale wczoraj stwierdziłam, że z okazji urodzin Laury wstawię nowy rozdział. Swoją drogą życzę wszystkiego najlepszego Laurze dużo zdrowia, szczęścia, powodzenia w karierze, spełnienia marzeń i żeby zaczęła spotykać się z Ross'em (musiałam xd). Powiem wam że ilość komentarzy pod ostatnim rozdziałem była fenomenalna i bardzo motywująca, takie równe zero bardzo wiele daje do myślenia. Smutno mi że coraz mniej osób nie czyta na blogerze i nie czyta opowiadania o Raurze, wiele osób uważa że Raura nigdy nie będzie razem, ale ja uważam że życie pisze różne scenariusze i nigdy nic nie wiadomo. Ja polubiłam czytanie dzięki fanfiction o Raurze i nie zamierzam przestać ich czytać, chodź muszę przyznać że już z tak mocnym zapałem ich nie czytam. Do zobaczenia. Miłego wieczoru.

poniedziałek, 31 października 2016

Rozdział 29

Szliśmy wolnym krokiem nie śpiesząc się i przysłuchiwaliśmy się odgłosom natury, to znaczy chcieliśmy to robić, ale nie uwierzycie, w Los Angeles na drogach porusza się takie coś jak samochód i zniecierpliwieni kierowcy co chwilę trąbiących na kogoś. Nawiasem mówiąc gówno słyszeliśmy. Ale nie ważne, liczyło się dla mnie że spędzam czas z wspaniałym człowiekiem który aktualnie niesie mnie na barana, bo zaczęłam narzekać na bolące nogi. Ostatnio zauważyłam, że zachowujemy się jak para idealna, nie żeby mi przeszkadzało to wręcz przeciwnie, cieszę się że nasz związek nie ma problemów. Chodzi mi o to, że boje się że kiedyś nie będziemy mogli znieść swojego towarzystwa. Głęboko wierzę, że tak nie będzie i to tylko są moje głupie myśli. Muszę przestać wymyślać czarne scenariusze. Oparłam swoją brodę o ramię Ross'a i zaczęłam myśleć. Stwierdziłam, że ostatnim czasie mam mało czasu dla dziewczyn, niby z Vanessą rozmawiamy codziennie, ale brakuje mi trochę towarzystwa Rydel. Przez to że zaczęłam się umawiać z jej bratem trochę ją zaniedbałam. Koniecznie muszę się spotkać z tą blondynką.
-Ej. - szturchnęłam ramię Lynch'a. Ten jakby wybudzony z transu krzyknął na pół ulicy.
-Czego!? - kontem oka zauważyłam, że kilku ludzi obejrzało się za nami.
-Co robi Rydel? - zapytałam jak niby nic.
-Skąd mam to niby wiedzieć?
-Pomyślałam, że skoro jesteś jej bratem to będziesz wiedzieć.
-Nie jestem jej nianią. - powiedział oschle. Ałć. Co ja mu zrobiłam, że jest w stosunku do mnie taki nie miły.
-Co cię ugryzło? - zaskoczyłam z jego pleców stając naprzeciwko niego. Niedaleko widziałam nazwę naszej ulicy.
-Mi? Nic. - ruszył przed siebie nawet nie oglądając się na mnie. Niedawno mówiłam, że tworzymy związek idealny może jednak nie taki idealny.
-Przecież widzę, że jesteś na mnie zły. - musiałam prawie biec, żeby dorównać mu kroku. To nie fair że on ma takie długie nogi, a ja nie! Nawet teraz kiedy chcę z nim poważnie porozmawiać i spojrzeć prosto w oczy, to nie mogę, bo mój wzrost na to nie pozwala.
-Zły na ciebie? Nigdy. Jestem po prostu zmęczony tym całym dniem.
Coś mi podpowiadało, że coś kręci, ale postanowiłam nie dociekliwać. Jakby chciał żebym wiedziała co z nim jest to by mi powiedział, a tak to nie ma co naciskać. Też czasami tak mam, że nikomu nie chce czegoś powiedzieć. Szanuje to. Do domu dotarliśmy nie mówiąc nic do siebie, pożegnaliśmy się krótkim "pa". Po przekroczeniu progu drzwi od razu skierowałam się do salonu, gdzie na kanapie spała Van. Postanowiłam nie budzić niej, niech dziewczyna sobie pośpi. Poszłam do łazienki zrobić siku i zmienić tampona. Trochę się nudziłam więc zadzwoniłam do taty, niestety nie było go w domu, a telefon odebrała Alice. Rozmawiałam sobie z dziewczyną mojego taty, dowiedziałam się, że u nich wszystko w porządku. Niepokoi mnie trochę ton głosu Alice, mam wrażenie, że ukrywa coś przede mną. Próbowałam wywiedzieć się od niej czegoś, ale nie chciała nic mówić i udawała że nie ma pojęcia o czym ja mówię. Sprawnie zmieniła temat i spytała się jak ona to powiedziała "O tego Ross'a", dobre pół godziny mówiłam o nim jak bardzo jest kochany, jak mocno mi zależy na nim i jaki jest cudowny. Dobrze, że parę dni temu wykupiłam sobie darmowe minuty, bo inaczej ta rozmowa drogo by mnie kosztowała. Po zakończonej rozmowie napisałam sms'a do Rydel, z pytaniem co robi. Jakieś dziesięć minut później dostałam od niej odpowiedz "Tak szczerze to nic nie robię ;)" szybko wystukałam odpowiedz "A nie chciałaś by do mnie wpaść?", długo nie musiałam czekać na odpowiedz "Daj mi dwie minuty". Zostawiłam telefon na szafce i zeszłym na dół, akurat jak został mi do pokonania jeszcze jeden stopień usłyszałam pukanie do drzwi. Pobiegłam na korytarz i wypuściłam blondynkę do środka. Dziewczyna wyglądała rewelacyjnie, nie przejmując się tym co ona sobie o mnie pomyśli, rzuciłam się na jej szyję. 
-Też się cieszę Laura, że Cię widzę, ale mogłabyś przestać mnie dusić? - Rydel udała że się dławi i nie może oddychać. 
-Nie. - zaśmiałam się i puściłam Delly. -Chcesz coś do picia? 
-A wiesz, że nie. Ale nie pogardziłabym jakimś jedzeniem, kiedy do mnie napisałaś miałam zamiar coś zjeść. 
-To chodzimy do kuchni, zrobimy jakieś kanapki, bo jeszcze mi z głodu padniesz, a pani Stormie zabiłaby mnie. - zaprowadziłam gościa do kuchni i wyciągnęłam wszystkie potrzebne składniki do zrobienia kanapki. Gdy blondynka robiła sobie kanapkę z serem, też postanowiłam sobie przyrządzić jedną kanapkę z serem i pomidorem. W ciszy jadłyśmy co jakiś czas mówiąc jakie to pyszne. Po najedzeniu się posprzątałyśmy bałagan jaki narobiłyśmy i poszłyśmy do mojego pokoju. 
-O kurde! - krzyknęłam nagle strasząc przy tym Rydel. 
-Co się stało? - blondynka podeszła do mnie. 
-Vanessa za tydzień ma urodziny! - dziewczyna popatrzyła na mnie z przerażeniem. 
-Jak mogłam zapomnieć? A wiesz co to oznacza? Że zapomniałam o urodzinach Rocky'ego które są dzień po Van urodzinach. Musimy coś wykombinować.
-Może urządzimy imprezę urodzinową, na którą każdy musi się za coś przebrać, w końcu jest to Halloween. A po północy zaśpiewamy Rocky'emu sto lat. - zaproponowałam.
-Wiesz, że to genialny pomysł. Możemy połączyć imprezę urodzinową Van i Rocky'ego, nie będzie trzeba urządzać dwóch osobnych przyjęć i wyjdzie taniej. - blondynka zadowolona klasnęła w dłonie. Muszę przyznać ten pomysł z połączonymi urodzinami jest genialny, bo nie będzie trzeba tyle czasu spędzić na przygotowaniach wystroju obu przyjęć.
-Mamy strasznie mało czasu na przygotowanie wszystkiego, trzeba zrobić listę gości, zakupy, ogarnąć jakiś sprzęt do grania i najważniejsze, trzeba znaleźć jakieś miejsce na tą imprezę. - na to ostatnie się skrzywiłam.
-Wątpię że rodzice zgodzą się urządzić u nas imprezę, a zwłaszcza po tym jak chłopacy wtedy popili i Ryland trafił do szpitala. Niby było to dosyć dawno, ale oni w najbliższym czasie nie zamierzają pozwolić nam na urządzenie domówki. Nie chcą żeby dom spłonął.
-Serio myślisz, że są do tego zdolni? - popatrzyłam na nią z powątpieniem.
-Na urodzinach będzie Rocky i Ellington. - wyjaśniła.
-Cofam pytanie, są do tego zdolni. - wstałam z łóżka i podeszłam do biurka żeby wyciągnąć zeszyt A4 i jakiś długopis, po czym wróciłam z powrotem na swoje miejsce. -Musimy zrobić listę potrzebnych rzeczy.
Dużymi literami na pierwszej stronie napisałam "POTRZEBNE RZECZY NA PRZYJĘCIE" jako pierwszy punkt zapisałam "Tort". Delly przez moje ramie przeczytała co zapisałam i od razu jej oczy zaczęły błyszczeć. Musze przyznać że z tym dwiema kitkami i błyszczącymi oczami wyglądała uroczo, jak takie wielkie dziecko.
-Uuu mam pomysł jak ten tort będzie wyglądać. - zaczęła energicznie machać rękami, jakby bała się że ktoś inny powie jej pomysł.
-Zamieniam się w słuch.
-Skoro to będzie Halloween, to niech na środku będzie napisane "Happy Birthday Vanessa" a do koła niech będą pajęczyny i nietoperze. Wiesz będzie to nawiązywało do święta i do urodzin naszego kochanego nerwusa. I też możemy zrobić pełno babeczek na których z lukru będą przedstawione duch, pająki, czarownice, dynie i mogą też być wilkołaki. - muszę przyznać, że to z jaką pasją blondynka mówiła o swoim pomyśle przekonała mnie. Szeroko się do niej uśmiechnęłam i sama zaczęłam sobie wyobrażać jak to wszystko będzie wyglądać.
-Rydel ty to masz łeb. - pochwaliłam dziewczynę.
-Się wie. - wskazała na swoją głowę.
-A co z Rocky'm?
-Jemu się zrobi inny tory, na którym będą kosmici. On i Ratliff  będą wniebowzięci, a i tak Rocky będzie świętował swój dzień dopiero po północy, gdzie zapewne połowa gości będzie zalana w trzy dupy żeby zwracać uwagę na to że ciasteczka nie są z kosmitów.
-Wszystko super, ale gdzie urządzimy przyjęcie? Wątpię że ciocia i wuja pozwolą nam do rana szaleć, pewnie dadzą czas maks do pierwszej. - obydwie zaczęłyśmy gorączkowo myśleć, gdzie mamy to wszystko urządzić.
-Może teraz omówimy wszystkie sprawy związane z tym co musimy przygotować, a miejscówkę ogarniemy jutro? - zgodziłam się z pomysłem Rydel. Omawiałyśmy wszystkie szczegóły związane z party, do póki nie zrobiło się na dworze ciemni. Poszłam odprowadzić blondynkę do drzwi.
-Chyba wszystko ustaliłyśmy, pamiętaj że jutro musimy wcześnie wstać żeby zrobić zakupy. - przypomniała się któryś raz z kolei Rydel.
-Tak pamiętam o tym. Musimy jutro wtajemniczyć chłopaków w to wszystko, bo same nie damy sobie z tym radę, a ich pomoc się przyda. Pod żadnym pozorem Vanessa i Rocky nie mogę się niczego dowiedzieć.
-Jasna sprawa. - przytuliłyśmy się na pożegnanie.
-Dobranoc. Pozdrów swoją mamę i tatę ode mnie.
-Dobra pozdrowię. Trzymaj się ciepło i wyśpij się. - wskazała na mnie palcem po czym krzyknęła do reszty domowników (czytając cioci Kristen i wuja Roberta) -Dobranoc.
Zamknęłam za nią drzwi i poszłam się umyć, nie byłam głodna, więc od razu po kąpieli poszłam spać.
*Oczami Rydel*
Kiedy wróciłam do domy wszyscy akurat jedli kolacje w jadalni, poszłam do kuchni zrobić sobie herbatę po czym dołączyłam do rodziny. Chwyciłam jedną kromkę chleba, którą posmarowałam masłem i dżemem i zaczęłam ją jeść.
-Gdzie byłaś? - zapytał Riker wpychając sobie połowę kanapki do gardła i mówiąc z pełną buzią. Było to obrzydliwe, bo połowa jedzenia wypadła mu z buzi. Z kim ja muszę mieszkać?
-U Laury. - odpowiedziałam krótko.
-Laura ci mówiła jak bardzo za mną tęskni? - mała blond kopia tego starszego się odezwała.
-Akurat o tobie nic nie mówiłyśmy.
-Szkoda. - Ross odchylił się na krześle do tyłu i wziął kęsa swojej kanapki.
-A o czym plotkowałyście? - zaciekawił się Ryland.
-Na pewno nie o tobie. - uśmiechnęłam się do siebie. jak najmłodszemu zrzedła mina i odwrócił ode mnie głowę udając obrażonego.
-To o czym gadałyście? - do dyskusji dołączył się zaciekawiony Rocky. Wrrr jako oni mnie wkurzają. Czemu są tacy ciekawscy?
-Mamo powiedz coś chłopakom, żeby zostawili mnie w spokoju!
-Spokojnie Rydel nie irytuj się tak bardzo.
-Zamknij się Riker. - posłałam bratu mordercze spojrzenie, ten uśmiechnął się cwanie. Ja dzisiaj z nimi nie wytrzymam. -Wiecie co? Straciłam apetyt, pójdę się położyć. Dobranoc wszystkim. - zasunęłam za sobą krzesło i pobiegłam na górę. Wzięłam szybki prysznic i przebrałam się w piżamę. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
*Oczami Rocky'ego*
Rano po śniadaniu razem z Ellington'em poszliśmy na miasto, z racji tego że niedługo jest Halloween trzeba się zaopatrzyć w kilka przedmiotów, które umilą nam te święto. Co roku od kilku lat razem z moim najlepszym przyjacielem robimy parę kawałów naszym sąsiadom lub straszymy dzieci zbierające cukierki. Co jest w tym wszystkim najdziwniejsze, że żaden z sąsiadów nie skapnął się że to my. Czasami chłopacy nam pomagają w tym, ale to zdarza się sporadycznie. Po wyjściu z sklepu "Psikus" udaliśmy się do kawiarni coś zjeść, obydwaj zamówiliśmy sobie gorącą czekoladę i muffina z kawałkami czekolady. Kiedy kelnerka przyniosła nasze zamówienie posypaliśmy muffina żelkami w kształcie misiów i skonsumowaliśmy swoje zamówienie. Chcąc zachować kulturę wytarłem serwetką usta, po czym rozłożyłem ją i zacząłem biegać po kawiarni udając batmana. Ellington śmiał się zemnie kończąc pić swoją czekoladę. Spojrzałem na niego, po czym poczułem nagle, że z czymś się zderzam i padam na ziemie. Przeniosłem wzrok z bruneta na blondynkę, która leżała pode mną i była cała w kawie. Uśmiechnąłem się uwodzicielsko.
-Hhhhheeeeeelllllloooo. - specjalnie przeciągnąłem każdą literę, dziewczyna tylko szybko zwaliła mnie z siebie i wstała.
-Czy ty idioto nie masz oczu!? - krzyknęłam na mnie po czym ukucnęła na ziemie i zaczęła zbierać kawałki rozbitej szkła.
-O co ci chodzi? - zapytałem nie bardzo kapując.
-Zobacz co narobiłeś! Jeśli przez to mnie wyleją z pracy to przysięgam że osobiście cię....
-Raczej by przez to cie nie wylali. - przerwałem jej.
-A niby z jakiego powodu? - wstała energicznie i założyła ręce na swoje biodra.
-A z takiego, że jesteś nie miła dla klientów. - pokazałem jej język.
-Z tego co zauważyłam przedszkole jej cztery ulice dalej. - teraz to przegięła, tak nie będziemy rozmawiać.
-Wypraszam sobie bardzo, ja nie jestem żadnym dzieckiem!
-Twoje zachowanie na to wskazuje.
-Wcale nie. - zaprzeczyłem.
-Wcale tak.
-Wcale nie.
-Wcale tak.
-Dziwaczka.
-Dzieciuch.
-Idiotka.
-Debil.
-Małpa.
-Frajer.
-Weźcie może przestańcie siebie nawzajem obrażać i się ładnie przeproście. - między mną i tą wariatką wszedł Ellington.
-Po moim trupie. - oznajmiła patrząc na mnie z obrzydzeniem i złością.
-Prędzej to po moim trupie. Nie będę tej tutaj - wskazałem na blondi -Przepraszał.
-Możecie przestać?
-Nie! - zgodnie zaprzeczyliśmy brunetowi, kiedy do nas dotarło że się w czymś razem zgadzamy szybko odsunęliśmy się od siebie.
-Obyś zadławił się jedzeniem. - uśmiechnęła się do mnie wrednie.
-Tak się składa, że już skończyłem jeść. - zgasiłem ją.
-W takim razie życzę ci żebyś zatwardzenie dostał. - odeszła lekko kręcąc przy tym swoimi biodrami. Energicznie odwróciłem się do Ratliffa i biorąc telefon ze stolika powiedziałam stanowczo:
-Wychodzimy stąd. - nie czekając za chłopakiem ruszyłem w stronę wyjścia. 
-Dlaczego wyszliśmy? - zapytał, kiedy byliśmy już na zewnątrz. 
-Dlatego, że nie mam zamiaru siedzieć w tym samym pomieszczeniu co ta wariatka. 
-Aha. 
Szliśmy w stronę domu Ratliffa, co jakiś czas jedno z nas coś powiedziało i to by było na tyle. Ellington zatrzymał się na chwilę, żeby przeczytać sms'a zmarszczył dziwnie czoło i wystukał szybko odpowiedz. 
-Coś się stało? - siliłem się na obojętny ton, a tak naprawdę umierałem z ciekawości. 
-Nie nic. Chodzimy. - przyspieszył krok, bezradnie westchnąłem i dorównałem mu kroku. 
*Oczami Laury*
Od samego rana razem z Rydel chodzimy po mieście i załatwiamy wszystkie sprawy związane z przyjęciem urodzinowym. Powiedziałyśmy cioci i wujowi o naszym pomyślę, a on postanowili wesprzeć nas finansowo, Rydel mówiła że państwo Lynch też się zrzucą,trochę się tego nazbierało, więc możemy nieźle zabalować. Nie mogę się tego doczekać! Wszystko załatwiłyśmy tylko poza takim małym szczegółem. Nie mamy gdzie tego wszystkiego urządzić. Zrezygnowane poszłyśmy napić się kawy w pobliskiej kawiarence, która okazała się bardzo przytulna. Od jakiś dwóch godzin zastanawiamy się, gdzieś mamy to wszystko zorganizować. Byłyśmy prawie wszędzie, nikt nie chciał nam wynająć sali, bo wszyscy z kilku miesięcznym wyprzedzeniem wynajęli je na przyjęcia z okazji Halloween. Jakby oni nie rozumieli, że tu chodzi o urodziny mojej siostry! Podeszła do nas urocza blondynka z notesikiem i długopisem.
-Witam, co podać?
-Jakieś wolne miejsce do zorganizowania imprezy urodzinowej. - mruknęła Rydel podpierając swoją brodę na rękach.
-To znaczy, poprosimy dwie kawy. - wyjaśniłam szybko, posyłając przyjaciółce mordercze spojrzenie. Blondynka zapisała nasze zamówienie, chciała już odejść, ale w ostatecznej chwili się rozmyśliła.
-Tak się składa że chyba wiem jak wam pomóc. - zaczęła nieśmiało, razem z Delly spojrzałyśmy na nią z nadzieją.
-Mówisz poważnie? - zapytała rozpromieniona Lynch.
-Tak. Ja wam pomogę, a wy mi.
-W czym? - zdziwiłam się.
-Zagadam z szefem, żebyście mogły to wszystko urządzić tutaj, a wy pomożecie mi znaleźć zespół, które będzie chętny do zagrania w sobotni wieczór kilka koncertów i który będzie dobrze grał. - postawiła warunek.
-To nie wiesz jak dobrze się składa, że spotkałyśmy się. Ja zrazem z braćmi mamy zespół i chętnie byśmy tutaj wystąpili.
-Moglibyście wystąpić na przyjęciu i zagrać kilka coverów. - zaproponowałam.
-Naprawdę!? - krzyknęła szczęśliwa kelnerka. -To super. A tak poza tym Alexa jestem.
-Laura, a tu Rydel. - uścisnęłyśmy sobie dłonie.
-To ja pójdę zanieść wasze zamówienia i zagadać z szefem. Za jakieś dwadzieścia minut kończę zmianę i wszystko ustalimy.
-Jasne nie ma sprawy. - machnęła ręką Delly.
Alexa pobiegła oddać nasze zamówienie, długo nie musiałyśmy czekać na kawę. Kiedy blondynka skończyła swoją zmianę, wszystko ustaliłyśmy. Poszłyśmy do mnie do domu, gdzie czekali na nas chłopacy, którym wcześniej napisałam sms'a żeby przyszli, bo jest sprawa do obgadania. Chłopacy z chęcią zapowiedzieli nam, że pomogą we wszystkim.
*Tydzień później*
Dzisiaj jest Halloween, wszystko na wieczorną imprezę jest już gotowe. Kawiarnia wygląda znakomicie, dekoracje idealnie wpasowały się w klimat tego święta. Wszyscy się schowaliśmy, żeby zrobić Van niespodziankę. Rydel wymyśliła coś że jesteśmy tutaj wszyscy umówieni i stąd mamy iść na miasto. Kiedy nasza Van przyszła wszyscy krzyknęliśmy:
-Niespodzianka!!! - zaszokowana Nessa nie wiedziała co powiedzieć.

                                                                     ***
Witajcie, będzie krótko. Przepraszam za błędy obiecuje że poprawie i Happy Halloween. Pamiętajcie o zostawieniu śladu po sobie, w postaci komentarza.


   
  












sobota, 8 października 2016

Rozdział 28

-Ross co to ma znaczyć do cholery!? - krzyknęła któryś raz z kolei wkurzona Laura. Nic jej nie odpowiadając stałam ze spuszczoną głową cały czas patrząc się na swoje kolorowe skarpetki. Nie miałem nic na swoje usprawiedliwienie, zrobiło mi się naprawdę głupio. Czułem jak moja twarz staje się cała czerwona. Z trudem udało mi się spojrzeć na Laur, ale i tak po chwili znowu spuściłem wzrok na podłogę. Jej spojrzenie mnie zabijało, w tych pięknych brązowych oczkach co zawsze widać radość i szczęście teraz była złość i wściekłość. Trochę się jej bałem jak tak na mnie patrzyła.
-No odpowiesz wreszcie!? - widać było, że pomału traci cierpliwość. 
-Bo yyy ja yyy... - jąkałem się, co zdarza mi się to dosyć rzadko.
-Dlaczego masz moje zdjęcia nago!? - rzuciła we mnie zdjęciami, które znalazła na biurku.
-Nie jesteś tam nago tylko w bieliźnie. - broniłem się, nie pozwolę żeby zarzucano mi czegoś czego nie zrobiłem. Fakt mam zdjęcia mojej dziewczyny w staniku i majtkach, które nie koniecznie ona mi przysłała, ale nie mam jej zdjęć na golasa. Przyznaje bardzo bym chciał dostać od niej coś takiego albo móc ją tak zobaczyć (zawsze mógłbym dotknąć jej ciała, a nie papierku, byłoby to namacalne).
-Wielka mi tam różnica. - machnęła ręką.
-Wiesz to jest naprawdę duża różnica, gdybyś była tam nago... - w tym momencie moja ukochana mi przerwała. 
-Spróbuj tylko dokończyć te zdanie, a uwierz mi będziesz wiedział jak kwiatki pachną od spodu. - przyznam że mina mi zrzedła, no ale nic trzeba wziąć się w garść. Nie pozwolę żeby kobieta mnie zastraszała, przecież nie jestem jakąś pizdą lub pantoflarzem jak mów przyszywany wujek Andrew. Którego swoją drogą szczerze nienawidzę.  
-Nie zrobisz tego, za bardzo ci na mnie zależy. - powiedziałem pewny siebie. Widząc minę brunetki nie spodziewała się po mnie takiej odpowiedzi. 
-Aż taki pewny siebie jesteś? Wierz, że to może cię kiedyś zgubić? 
-Jak już nie zgubiło. Posłuchaj daj mi to wszystko tobie wytłumaczyć. - chwyciłem jej rękę.
-Nie musisz mi nic mówić. Prawda jest taka, że związałam się z pierdolonym zbokiem. A tak właściwie to skąd masz te zdjęcia? Kiedy je zrobiłeś? 
-Pragnę zauważyć że twój pokój znajduje się naprzeciwko mojego. -wskazałem ręką na okno. -Raz kiedy nie byliśmy jeszcze razem zauważyłem, że chodzisz po pokoju w samej bieliźnie i tak pięknie wyglądałaś, że postanowiłem zrobić ci zdjęcie. Nikomu tych zdjęć nie pokazywałem, tak szczerze kiedy je wywołałem i wrzuciłem do szafki zapomniałem o nich. Dopiero dzisiaj przez przypadek musiałem je wyciągnąć, nawet nie zauważyłem że są na widoku. Nigdy nie interesowałbym się tobą tylko ze względu na twoje ciało, masz naprawdę zajebistą osobowość, jesteś mega urocza i do tego seksowna. Jak widzisz wiele rzeczy mi się w tobie podoba i kocham cię całym sobą. Wybacz mi proszę. - to ostatnie wyszeptałem jej do ucha i schowałem twarz w zagłębieniu jej szyi. Zaciągnąłem się jej boskim zapachem. 
-Ross odsuń się. - odepchnęła mnie od siebie, zrobiłem zdziwioną minę. Nie spodziewałem się tego, że mnie odepnie od siebie -Nawet nie zdajesz sobie sprawy jaka jestem na ciebie wściekła. Nie miałeś prawa robić tych zdjęć bez mojej wiedzy i zgody. Co by było gdybyśmy nie byli teraz razem? Skąd mogę mieć pewność, że nie wrzuciłbyś tych zdjęć do internetu. Czy ty pomyślałeś w ogóle jakby ktoś je znalazł u ciebie w pokoju i wykorzystał przeciwko mnie? Kocham cię, ale kompletnie nie myślisz i jesteś strasznie nieodpowiedzialny. Chyba lepiej będzie jak pójdę. 
-Mieliśmy oglądać Piotrusia Pana. - zauważyłem, spojrzała się na mnie obojętnie i ruszyła w stronę drzwi. Nie mogę dopuścić żeby sobie poszła. -Laura zaczekaj. Nie zostawiaj mnie.
Podbiegłem do niej i złapałem jej rękę tak, że teraz była odwrócona do mnie twarzą. Zauważyłem że niesforny kosmyk włosów wpadł jej do ust, mimo próśb dziewczyny żebym ją puścił zbliżyłem rękę do jej twarzy i delikatnie schowałem kosmyk brązowych włosów za ucho. Nie odrywałem wzroku z jej pięknych brązowych oczu, ona lekko speszona moim spojrzeniem spuściła głowę na dół. Chwyciłem jej podbródek i uniosłem do góry. 
-Hej nie bądź już na mnie zła. Nie pomyślałem co by było gdyby ktoś znalazł te fotki, przepraszam cię, że jestem takim pieprzonym egoistą i takim beznadziejnym facetem. Prawda jest taka, że nie zasługuję na taki skarb jak ty. - cały czas mówiłem spokojnym głosem. 
-Nienawidzę cię Lynch. Nienawidzę cię. - zaczęła walić pięścią w mój tors, troskliwie objąłem ją ramieniem przyciągając bliżej siebie. 
-Tak wiem. - szepnąłem i pocałowałem ją w czubek głowy. Laura mocniej się we mnie wtuliła, czułem jak opuszkami palców głaska moje plecy, przez które przeszedł mnie miły dreszcz. Może dla innych ta sytuacja wydaje się dosyć dziwna i nielogiczna, jak mam być szczery to dla mnie też jest ona niezrozumiała. Raz się na mnie wydziera i krzyczy że mnie nienawidzi, a za chwilę tuli się do mnie jak do wielkiego misia, no ale jak tu zrozumieć kobiety. A zwłaszcza wtedy kiedy mają okres, no nie da się. 
-Wszystko dobrze. - powiedziałem takim tonem głosu jakbym mówił do dziecka i ująłem jej twarz w rękach. Brunetka twierdząco pokiwała głową, uśmiechnąłem się do siebie i ją pocałowałem. Na początku całowałem ją delikatnie co jakiś czas na krótką chwilę odrywałem nasze usta od siebie by zaraz z powrotem je złączyć ze sobą. Mruknąłem zadowolony kiedy dziewczyna wplotła swoje palce w moje włosy i zaczęła się nimi bawić, przejechałem językiem po dolnej wardze mojej ukochanej. Laura otworzyła szerzej usta, co od razu wykorzystałem, nasze języki toczyły walkę o dominacje. Lizaliśmy się tak z około pięć minut, moglibyśmy dłużej ale nasze płuca domagały się tlenu. Kiedy oderwaliśmy się od siebie z uśmiechem na ustach wskazałem na łózko, brązowooka skinęła głową i położyła się, a ja włączyłem film dołączając do niej. Laura co jakiś czas mówiła, że Piotruś i Wendy pasują do siebie i tworzą uroczą parę, a ja przyznawałem jej racje dla świętego spokoju. Po seansie filmowym brunetka zaproponowała żebyśmy gdzieś poszli się przejść do puki nie jest ciemno i pogoda nam dopisuję. Mimo tego, że mieszkamy w LA noce potrafią być dosyć chłodnę. Stwierdziłem, że takie wyjście na świeże powietrze dobrze nam zrobi po tych kilku godzinach oglądania, wyłączyłem DVD i kazałem Laurze już zejść na dół. Gdy dziewczyna opuściła mój pokój podszedłem do szafy z ubraniami i wyciągnąłem szarą bluzę, którą ubrałem, a rękawy podwinąłem do łokci. Gotowy zszedłem na dół, gdzie mój maluszek już na mnie czekał, szybko ubrałem buty.
-Wychodzimy!!! Nie czekajcie na nas z kolacją!!! - krzyknąłem zamykając za sobą drzwi.
-To dokąd idziemy? - zapytała Laura, kiedy znaleźliśmy się na chodniku. Wzruszyłem ramionami na znak, że mi to jest obojętne. Tak szczerze mógłbym iść nawet na koniec świata, byleby z nią. -Co powiesz o parku? - zaproponowała, gdy ruszyliśmy przed siebie.
-A może nie będziemy się przejmować do jakiego celu mamy dojść tylko będziemy szli przed siebie i zobaczymy gdzie trafimy? I tak musimy gdzieś dojść i dojdziemy, ale niech to będzie jak na razie niespodzianka dla nas obu. - spojrzałem się na nią niepewnie.
-Podoba mi się twój pomysł. - wspięła się na palcach i dała mi buziaka w policzek. -"Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba"
-Czy ty właśnie zacytowałaś mi kawałek "Zemsty"? - nie odpowiedziała mi tylko się zaśmiała i niczym małe dziecko pobiegła przed siebie. -Nigdzie mi nie uciekniesz. - mruknąłem pod nosem i ruszyłem za nią. Nie musiałem się za bardzo męczyć żeby ją dogonić, tymi swoimi zgrabnymi, a za razem krótki nogami i słabą kondycją nie była zbyt szybka. Kiedy ją dogoniłem objąłem ją od tyłu w pacie i przyciągnąłem do siebie.
-Mógłbyś mnie już puścić? - spytała po kilku minutach, gdy szliśmy spokojnie, a ja ją cały czas przytulałem od tyłu.
-Nie. - zaśmiałem się chytrze i pocałowałem ją w szyję.
***
Po godzinnej przechadzce znaleźliśmy się w centrum, trochę się zmęczyłem tym długim spacerem, więc zaprosiłem Laurę do najbliższej kawiarni jak tylko rzuciła mi się w oczy. Brunetka za bardzo nie chciała nigdzie iść do kawiarni, bo nie wzięła ze sobą pieniędzy. Więc jak prawdziwy dżentelmen powiedziałem jej, że zapłacę za nią, na początku nie chciała się zgodzić mówiła, że głupio się będzie czuła i że nie chcę mnie narażać na koszty, ale mój niesamowity dar przekonywania ludzi zadziałał. Zamówiliśmy sobie mrożoną kawę, chwyciłem oba kubki napoju i udałem się za moją dziewczyna na zewnątrz kawiarni. Znaleźliśmy dwu osobowy stolik pod parasolem, usiedliśmy naprzeciwko siebie siedziałem odwrócony tyłem do ulicy. Popijaliśmy sobie napoje i rozmawialiśmy ze sobą, głównie to ja mówiłem, a brunetka słuchała i co jakiś czas przytakiwała głową na znak że mnie słucha. Byłem w trakcie mówienia ciekawej historii jak to kiedyś udałem się z Rocky'm i Ellington'em na imprezę, kiedy skapnąłem się, że Laura w ogóle mnie nie słucha.
-Ziemia do Laury. - pomachałem jej ręką przed twarzą, wydawała się taka nieobecna, tak jakby coś kompletnie odwróciło jej uwagę.
-O mój Boże. - dziewczyna zakryła ręką usta i miała taki wyraz twarzy jakby miała się zaraz popłakać.
-Co się stało? - położyłem moją dłoń na jej lewą dłoń, którą miała na stoliku.
-O kurwa.
-Na co ty właściwie patrzysz? - zapytałem i odwróciłem się w stronę ulicy, gdzie cały czas patrzyła się Laura.
-Boże tam stoi Grant Gustin. - widziałem jak z trudem powstrzymuje się żeby się nie popłakać. Obróciłem się jeszcze raz w stronę chodnika, gdzie prawdopodobnie stoi ten facet.
-Kto to? - po moim pytaniu brunetka spojrzała na mnie z żenadą.
-Grant Gustin jest moim ulubionym aktorem. A tak właściwie to jest Thomas Grant Gustin, ale woli używać swoje drugie imię. Uwielbiam tego gościa, gał kiedyś w moim ulubionym serialu "Glee" przez parę odcinków wcielił się w postać Sebastiana złego charakteru. Później go widziałam w genialnym filmie "Koszmar matki" gdzie grał główną role, przez jakiś czas miałam lekkiego świra na jego punkcie i szukałam filmów lub seriali gdzie on grał. Znalazłam serial "The Flash" gdzie gra Barry'ego Allena który jest zwykłym laborantem policyjnym, ale po wybuchu akceleratora i porażeniu piorunem zostaje obdarzony niesamowitą szybkością, którą wykorzystuje do walki ze złem. Zajebisty jest ten serial w niecałe cztery dni obejrzałam wszystkie dwa sezony, a teraz czekam na trzeci. Nie dosyć że jest nieziemsko przystojny, umie śpiewać to na dodatek jest mega uroczy. Zawsze marzyłam żeby go poznać. - byłem pod wrażeniem z jaką pasją ona mówiła o swoim idolu i to że zawsze marzyła żeby go poznać, dlatego wpadłem na wspaniały pomysł.
-To podejdź do niego i poproś o autograf i zdjęcie. - zaproponowałem biorąc łyka mojej mrożonej kawy.  
-Oszalałeś!? Nie zrobię tego. - chwyciła swoje końcówki włosów i zakryła nimi swoją twarz spuszczając głowę w dół. Dobrze wiedziałem że marzy o tym, aby go poznać, ale za bardzo się boi. Wstałem i otrzepałem tył spodni z niewidocznego kurzu, obróciłem się na pięcie, kiedy zrobiłem krok w stronę ulicy poczułem jak brunetka chwyta moją dłoń.
-Ross gdzie idziesz? - nic jej nie mówiąc, podszedłem to Gustin'a. W oddali słyszałem jak dziewczyna mnie woła, żebym wracał i tam nie szedł.
-Przepraszam Grant, że przeszkadzam. Ale moja dziewczyna chciałaby zrobić sobie z tobą zdjęcie, czy może? Wiesz trochę się wstydzi podejść i zagadać, jest twoją wielką fanką. Nie będzie ci to przeszkadzać, bo jak tak to... - nie dokończyłem, bo przerwał mi aktor.
-Nie spoko, nie ma problemu. - przyjacielsko się uśmiechnął, odpowiedziałem mu tym samym i odwróciłem się w stronę Laury i poprosiłem gestem ręki żeby podeszła do nas. Marano niepewnie wstała z krzesła, wolnym krokiem do nas podeszła, a kiedy stała już koło nas lekko się za mną schowała patrząc z niedowierzaniem na Grant'a.
-To jest moja dziewczyna Laura. - wskazałem na moją księżniczkę, wypychając ją trochę przed siebie.
-Cześć miło cię poznać. - chłopak wyciągnął rękę do niej, brązowo popatrzyła z lekkim szokiem na dłoń po czym niepewnie ją uścisnęła.
-Boże ty jesteś Grant Gustin. - miała taką minę jakby spełniało się jej największe marzenie. -Nie wieże, że stoisz tutaj. To musi być sen.
-To nie jest sen. - odpowiedziałem jej obejmując przy tym w pasie.
-Mogę prosić o autograf? - Laura wyciągnęła białą kartkę i długopis. Ciekawe skąd wzięła kartkę i długopis? Postanowiłem że później ją o to zapytam, niech się teraz cieszy z chwilą spędzoną z idolem.
-Jasne, pewnie. - Grant chwycił długopis i szybkim ruchem napisał "Dla Laury Grant Gustin". Oddając kartkę z powrotem, aktor zrobił sobie zdjęcie z Laurą i ze mną, chwilę później z nim porozmawialiśmy. Ale niestety musiał już iść na plan filmowy bardzo nas za to przepraszał i powiedział, że jak szczęście nam dopisze to może kiedyś dłużej nam uda się porozmawiać. Strasznie sympatyczny i miły z niego facet. Po zajęciu z powrotem swoich miejsc, Laura cały czas wpatrywała się w kartkę z niedowierzaniem. Kiedy skończyliśmy pić kawę, raczej ja skończyłem, bo ta była zajęta wgapianiem się w kartkę, ruszyliśmy w stronę domu. Dziewczyna złożyła autograf na pół i schowała go do tylnej kieszeni spodni. Szliśmy sobie spokojnie po chodniki, gdy nagle brunetka rzuciła mi się na szyje całując ją przy tym.
-Dziękuję ci bardzo! - krzyczała całując moją szyje co jakiś czas, zatrzymałem się i objąłem ją ręką przyciągają jeszcze bliżej siebie tak że między nami nie było ani milimetra przerwy.
-Za co? - udałem zdziwionego, tak naprawdę dobrze wiedziałem o co jej chodzi tylko chciałem usłyszeć to od niej.
-Ty już wiesz za co.
-Nie mam pojęcia o czym ty mówisz. - uśmiechnąłem się chytrze, za co dostałem pięścią w ramie od mojej dziewczyny. Tak się zastanawiam czy jej bicepsy są w stanie połamać patyk na pół, nic tylko same kości i skóra. Mimo tego że praktycznie nic nie poczułem i tak złapałem się za ramie i masowałem je tak jakby naprawdę mnie mocno bolało.
-Dziękuje ci, że załatwiłeś mi autograf i zdjęcie Granta. - chciałem udawać obrażonego na nią, że mnie uderzyła, ale widząc ten uśmiech i radość w oczach nie mogłem tego zrobić.
-Proszę bardzo kochanie. - szybko pocałowałem ją, po czym obydwoje chwyciliśmy się za ręce i ruszyliśmy w stronę domu. Warto było wstać i zagadać do Gustina, żeby widzieć ją taką szczęśliwą. W tym momencie przyrzekłem sobie, że zrobię wszystko żeby Laura była szczęśliwa i żeby nie cierpiała przez zło tego świata. Ona jest taka niewinna, a ten świat jest taki brutalny, ludzie są tacy fałszywi mogą cię zniszczyć dla własnego sukcesu lub dla sprawienia ci przykrości. Kiedy pierwszy raz ujrzałem brunetkę przyrzekłem sobie może wtedy nie świadomie, że muszę ją chronić przed wszystkim, wszystkimi i przed samym sobą. Nienawidzę kiedy przeze mnie płacze, nie jestem idealny i pewnie niestety wiele razy sprawie jej przykrość, ale zrobię wszystko żeby nie musiała dużo razy być przeze mnie smutna. Tak bardzo ją kocham.
*Oczami Laury*
Tak bardzo się ciesze, że mam zdjęcie i autograf mojego idola. Ross jest wspaniały! Na początku nie chciałam za bardzo, żeby podchodził do mężczyzny, mimo tego podświadomie błagałam go o to. To że rzuciłam się na niego podczas drogi było silniejsze ode mnie, tak bardzo chciałam mu podziękować, że to dla mnie zrobił. Pewnie dla niego to nie był żaden problem żeby podejść do Grant'a i poprosić o autograf, ale dla mnie to był ogromny problem. Kątem oka przypatrywałam się Ross'owi kiedy szedł, on jest taki cudowny. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo się cieszę że go mam, moje życie zanim przeprowadziłam się tutaj i poznałam Lynchów było dość nudne, a teraz wiem że z nimi wszystkimi nie będę się nigdy nudzić.

                                                                           ***    
Witajcie kochani! Tym razem będzie krótka notatka, bo nie chce mi się za bardzo rozpisywać. Następny rozdział planuje dodać tak mniej więcej na halloween, mam prośbę jeśli przeczytałeś rozdział to skomentuj.